Dzień 11
Przy śniadaniu wszyscy wydali się jak by walczyli o przetrwanie. Też trochę mi się kręciło w głowie, ale najgorzej wyglądał Węgier, który to był tylko cieniem z dnia poprzedniego.

W Górnym Karabachu spędziliśmy tylko jedną noc co było stanowczo za mało, ale jednak to tutaj było najweselej i poznaliśmy trochę historii oraz zwyczajów. Pozostał żal, tak szybko minionego czasu.

Do Armenii wracaliśmy tą samą drogą co przyjechaliśmy. Na granicy wysiedliśmy tylko na chwilę by uregulować sprawy wizowe, a następnie wszyscy pojechaliśmy do Goris.

Z Goris Karolina z Kasią postanowiły dojechać autostopem do Erywania, ja z Maciejem natomiast w chcieliśmy zobaczyć monastyr Tatev. Podzieleni na grupy polowaliśmy na stopa. Dziewczyny jako pierwsze szybko złapały okazję. Mi z Maciejem zajęło to trochę dłużej czasu ale nie było z tym tak tragicznie.

Do Wings of Tatev podwozi nas Ormianin. Maciej jednak uparł się by w podzięce mu zapłacić, na co Ormian przystał. Nie było to w żadnym wypadku wymuszane jedynie zwyczajna uprzejmość ze strony Maćka.

 

Wings of Tatev jest to najdłuższa na świecie kolejka linowa. Sprowadza tutaj rzesze turystów zapewniając od razu transport do monastyru.

Z samochodu ruszyliśmy ku kasom, gdzie zapisaliśmy się na kolejkę. Okazało się, że musieliśmy poczekać z 2-3 godziny by przejechać się podniebnym tramwajem. Zainteresowanie było bardzo duże, ale czas można było spędzić w restauracji. Sam czas transportu zajmował może z 20 min. po czym wysiada się pod bramą monastyru.

Na miejscu kręciło się wielu turystów. My natomiast rozdzieliliśmy się z Maciejem i każdy poszedł zwiedzać w swoją stronę. Po zwiedzaniu spotkaliśmy się pod bramą skąd się rozeszliśmy.

 

W drogę powrotną zdecydowaliśmy utrudnić sobie trasę i zdecydowaliśmy się na powrót autostopem. Z powrotem na Wings of Tatev podwiózł nas busista, miał akurat pusty transport bo jego wycieczka wracała kolejką, którą my przyjechaliśmy.

&nbsp

Dalej złapaliśmy stopa i taksówkę nim dotarliśmy do miasta Goris, gdzie planowaliśmy spędzić noc w hostelu. Samo miasto miało urok małego betonowego radzieckiego miasteczka umieszczonego w dolinie.

 

Wieczorem poznajemy jeszcze trójkę holendrów, z którymi krótko wymieniliśmy się wrażeniami.

Dzień 12
Po śniadaniu rozstałem się z Maciejem. Ten miał w planach zobaczyć Iran i jechał na południe. Ja natomiast poszedłem na na główną drogę by złapać stopa do stolicy.

 

Kiedy ustawiłem się na głównej drodze z tabliczką w ręce, może po 10 minutach miałem już transport. Ormianin chętnie miał mnie podwieźć pod stolice, a stamtąd spokojnie miałem dostać się komunikacją do centrum. Mój kierowca był niesamowicie przyjaźnie nastawiony, i nic mu było z tego, że kompletnie nic nie umiał po angielsku czy rosyjsku, ale większość drogi było bardzo wesoło. Praktycznie cały czas namawiał mnie, żebym wszystko fotografował, czy to przyrodę czy to ludzi stojących na poboczu. Ostatecznie po dojechaniu zostawił mnie na przystanku autobusowym, a sam zawrócił jakieś 20 km do jednej z minionych miejscowości.

Do hostelu dotarłem późnym popołudniem, ale uznałem, że jeszcze mogę odwiedzić twierdze Garni, znajdującą się 30 km od miasta. Sprawny transport szybko dostarczył mnie w rejony miasteczka, gdzie w obszarze twierdzy znajdował się jedyny w tym regionie akropol Grecki.

 

Postanowiłem, że dzień skończę włóczęgą po stolicy nim wrócę do hostelu.

 

Dzień 13
Przez większość tamtych dni męczyły mnie upały, jezioro Sewan natomiast miało przerwać tą passe i miało dać mi trochę luzu z wysokimi temperaturami. W rejonach jeziora temperatury potrafiły być o 10 stopni mniejsze niż w stolicy. Jednak prognozy zapowiedziały, że tamtego dnia ochłodzi się i spadnie deszcz, ale po kolei.

Z początkiem dnia temperatury nie zapowiadały by miało być chłodniej w kraju, a na niebie nie było ani jednej chmurki. Jednak się tym nie przejmowałem. Nie zważałem również na to, że nie miałem na ten dzień ułożonego planu. Wiedziałem co prawda co chciałem zobaczyć ale nie interesowałem się gdzie by przenocować i czy starczy mi czasu.

Pierwszy problem ukazał się ze znalezieniem dworca autobusowego, skąd miała jechać marszruta nad jezioro. Dworców autobusowych w mieście było kilka, a każdy miał swoją listę tras. Kierownik hostelu wytłumaczył mi po rosyjsku jak najlepiej tam się dostać. Przed wyjazdem praktycznie w ogóle nie operowałem językiem rosyjskim, ale na szczęście osłuchanie się go pomogło w końcowych dniach podróży najbardziej. Tak więc tyle co zrozumiałem z danych mi wskazówek dotarcia na dworzec musiałem przetransportować się przez całe miasto autobusem miejskim. Wskazówki były bardzo pobieżne, bo nie było konkretów w którym miejscu wsiąść czy ile przystanków przejechać. Nie zraziło mnie to i przystanek autobusowy w centrum znalazłem bardzo przypadkowo. Wysiadłem natomiast na odpowiednim przystanku. Dosłownie w ostatniej zorientowałem się, że dworzec mam zaraz za oknem busa. Wszyscy pasażerowie już wyszli, a kiedy ja wysiadałem w biegu to prawie minąłem się z zamykającymi drzwiami o włos.

Stamtąd szybko złapałem transport dalej.

Jechałem marszrutką nad Sewan bardzo krótko, bo wydawało mi się, że na chwile zmrużyłem oczy, a już byłem na miejscu. Jakiś czas po wyjściu z busa zdałem sobie sprawę, że niefortunnie zostawiłem w nim swój dziennik podróży. Co znaczyło, że jak tylko znajdę chwilę będę musiał wszystko spisać od początku.

 

Okolica Sewan miała do zaoferowania wielkie i piękne jezioro, monastyr Sevanavank i cmentarz w Noratus, znajdujący się kilkanaście kilometrów dalej.

Noratus jest średniowiecznym cmentarzem z dużą grupą chaczkarów czyli ormiańskimi kamiennymi tabliczkami. Najstarsze z nich są datowane na X w.

Właśnie tam zmierzam w pierwszej kolejności. A ściślej mówiąc to na drogę, gdzie mogłem złapać stopa w tamtym kierunku.

Oddaliwszy się kawałek od marszrutki, która mnie tu przywiozła spotkało mnie coś czego sam do końca nie jestem pewny do dzisiaj. Mianowicie będąc już prawie na przedmieściach miasta nagle za sobą (może jakieś 10-15m) usłyszałem dwa potężne huki albo strzały. Zobaczyłem tylko budynku ogrodzonego murem. Po czym z bramy wybiegły dwa psy, a chwilę po nich mężczyzna, który wskoczył szybko do samochodu stojącego nieopodal i natychmiast odjechał. Przez chwilę stałem w osłupieniu, ale nie chciałem się przekonać co to było. Tym samym przyspieszyłem kroku i oddaliłem się najdalej jak mogłem.

Niedługo po tym znalazłem się na drodze do Noratus, stamtąd autostopem zostałem podwieziony na tą wieś.

 

Kiedy już wałęsałem się po cmentarzu, spacerując i fotografując, zaczepiła mnie mała dziewczynka. Z początku chciała mi coś sprzedać, mówiąc zwięźle po francusku. Odpowiedziałem jej po rosyjsku, ta jednak nie rozumiała mnie. Kiedy spróbowałem po angielsku, okazało się, że całkiem płynnie mówiła tym językiem. Jako, że nie chciałem niczego kupować, a spodziewałem się lekkiego natręctwa, zacząłem mówić, że niewiele sam posiadam i wszystko co mam to trochę jedzenia i śpiwór w plecaku. Dziewczynka zostawiła mnie samego i wróciła do babci, która siedziała na murku z bibelotami niedaleko. Po chwili ta sama dziewczynka znów mnie zaczepia i wyciąga do mnie ściśniętą pięść. Kiedy otworzyła dłoń, odsłoniła garść monet, które chciała mi dać. Grzecznie odmówiłem, szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się takiego obrotu spraw i się szczerze uśmiechnąłem do niej.

 

Przyznam, że bardzo się wzruszyłem tym uczynkiem z jej strony. Dziewczynka miała 6 lat, a pokazała mi że Ci co mają nie wiele mogli by dać najwięcej, niestety imienia jej nie zapamiętałem. Podziękowałem raz jeszcze i ruszyłem z powrotem nad Sewan.

 

Dwoma autostopami dojechałem do miasta skąd ruszałem do Noratus. Zaczepił mnie taksówkarz i zasugerował, że mnie podwiezie pod sam monastyr. Zgodziłem się tylko dlatego, że był natrętny i mocno stargowałem cenę. Po drodze chciał mnie jeszcze zakwaterować w jakimś hostelu, na to jednak stanowczo odmówiłem.

Kiedy dojechaliśmy pod monastyr miałem gościa już serdecznie dość, a ten na dodatek zapowiedział, że na mnie poczeka. Tego by mi tylko brakowało…

Samo zwiedzanie monastyru nie zajęło mi długo, a miałem jeszcze połowę dnia nim zajdzie słońce.

 

Postanowiłem wiec, że podejmę próbę dostania się jak najbliżej granicy z Gruzją z możliwością zakwaterowania w jakimś mieście. Natrętnego Ormianina ominąłem dziką ścieżką i tym samym wyszedłem na drogę. Tak się złożyło, że monastyr stał na wyjeździe z miasta, a okazję złapaniem na północ złapałem praktycznie od razu.

W pierw miły starszy pan podwiózł mnie jakieś 50 km, następnie dwójka młodych chłopaków podrzuciła mnie jeszcze kawałek i wylądowałem w Wanadzor. W tym czasie zaczęło padać.

 

Była godzina 17, ale żaden bus na granicę już nie kursował, a następny miał być nad ranem. Zdecydowałem jednak, że będę kontynuował dalszą podróż stopem. Stojąc tak chwilę w deszczu podjechała kolejna taksówka tego dnia i kolejny raz odmówiłem. Taksówkarz natomiast podjeżdżał ilekroć się przestawiałem by złapać samochód. Po którymś razie znacząco zszedł z ceny, a gdy się nad tym zastanowiłem wydało mi się to korzystne. Ostatecznie pojechałem z taksówkarzem – Dawidem. Okazał się bardzo przyjemnym gościem, a większości czasu to on gadał o sobie, o rodzinie i o pracy.

Po przejechaniu połowy drogi do granicy postanowił, że zatrzymamy się na obiad w jakieś restauracji. Wyszło na to, że zostałem postawiony przed czynem dokonanym. Z grzeczności zapłaciłem mu za to, za mało jak się okazało, bo chciał więcej. Przez resztę drogi byłem trochę wkurzony na niego z tego powodu.

Po dojechaniu na granicę przyszedł czas na rozliczanie się. Wyszło na to, że źle rozumiałem jego korzystną cenę i nie tak dogadaliśmy się z pieniędzmi na początku trasy. Dawid podał sumę, a ja zrozumiałem chyba 4 razy mniej. Ostatecznie dałem mu 8000 AMD, bo tylko tyle mi zostało, odliczając już jego kosztowny obiad. W gruncie rzeczy, dałbym mu więcej gdybym coś miał, z drugiej strony nie zrozumieliśmy się i dodatkowo wydałem na nieplanowany posiłek po drodze. Było mi przykro z powodu braku dogadania się z Dawidem, ale i lekko zirytowany jego podejściem od samego początku. Zostawiłem mu pieniądze i poszedłem na przejście graniczne.

Przekraczając granice było jeszcze widno, jednak gdy znalazłem się po gruzińskiej stronie zastała mnie noc.

 

Czekałem może 15 minut w świetle latarni, była już 21 i praktycznie nic już nie jeździło. Dałem sobie kolejne 30 minut i powiedziałem, że jak nie znajdę transportu do stolicy to spróbuje przeczekać do rana w poczekalni o ile by mnie nie wyrzucili. W ciągu 15 minut zatrzymał się nowiutki mercedes, w nim ojciec z synem i zaproponowali podwieźć mnie do Tbilisi. Po drodze nawet dostałem napój energetyczny, a kiedy wysiadam w centrum miasta podziękowałem im za tą pomoc, a oni życzyli mi powodzenia.

 

Dalej poszło mi już z górki, złapałem metro do dzielnicy w której nocowałem w hostelu poprzednio i przed 24 mogłem już się zrelaksować, że dzień minął mi pełen wrażeń.

W dormitorium jeszcze nocował ze mną jeszcze John, Kanadyjczyk z Vancouver. Ten natomiast zrobił na mnie imponujące wrażenie, od roku podróżował i jeszcze nie miał dość. Opowiedział parę ciekawych rzeczy o sobie, jednak, że rano szybko się zwijał musieliśmy skończyć rozmowę wcześnie.

Dzień 14
Jako, że przyspieszyłem sobie transport powrotny do stolicy, miałem dzień nadwyżki. Czas jaki mi pozostał, a był to ostatni pełny dzień w Gruzji, chciałem przeznaczyć na spacer po stolicy do miejsc w których jeszcze nie byłem.

Niewiele miałem do zobaczenia ale pozostało więc odwiedziłem łaźnie, niebieski meczet i ogród botaniczny. Kiedy uznałem, że resztę dnia można poleniuchować już z książka w ręku, ruszyłem na sam koniec na pchli targ, by kupić sobie jakąś pamiątkę. Po paru rundach po “targowisku” zdecydowałem się na szkolną mapę Gruzji z lat 80, z miejscowości opisanymi cyrylicą. Sprzedający Gruzin okazał się byłym wojskowym, który stacjonował w Bornym Sulinowie w województwie Zachodniopomorskim, a w Poznaniu poznał swoją obecną żonę.

 

Przed powrotem do hostelu jeszcze kupiłem zeszyt w pobliskim sklepiku, by odtworzyć wpisy z mojej podróży. Resztę dnia spędziłem na kanapie czytając bądź opisując moją przygodę.

Pod wieczór przyjechały Kasia i Karolina, wspomniały, że również przyjeżdżały przy jeziorze Sewan tego samego dnia, ale zostały tam na noc.

Po wymianie opowieści ustaliliśmy by następnego dnia spróbować dostać się autostopem na lotnisko w Kutaisi. Jako, że lot mamy i tak późno tego dnia.

Dzień 15
Dziewczynom się trochę nie śpieszyło, a i ochota na stopa nam wszystkim przeszła. Zdecydowaliśmy się więc na marszrutke.

 

W Kutaisi mieliśmy chwilę czasu, więc się rozdzieliliśmy. Dziewczyny poszły coś zjeść do centrum, ja poszukałem jakiejś knajpy na przedmieściach. Zamawiam sobie ostatni gruziński posiłek, będący niesamowicie sytym.

 

Wymieniłem ostatnie pieniądze i poszedłem na marszrutę na lotnisko.

 

Lotnisko było małe, więc w czasie odlotów zawsze jest przepełnione ludźmi. A w tedy były akurat dwa odloty. Dziewczyny przyjechały chwile po mnie. A odprawa i lot poszły bez przeszkód.

W Warszawie wylądowaliśmy koło godziny 21. Pozostało mi tylko pożegnać się z dziewczynami, bo trzeba przyznać, że naprawdę świetnych ludzi się poznało.

Noc przespałem na lotnisku, a dnia następnego ruszyłem pociągiem do Szczecina.

 

Koniec odcinka Gruzińsko-Armeńskiego!