Dzień 5
Tego dnia zmierzałem na północ Gruzji, miejsca będącego wizytówką każdego przewodnika i broszur reklamujących ten kraj. Klasztor Cminda Sameba i potężna góra Kazbek (5033,8 m n.p.m.), bo o tym miejscu mowa jest położone ok.150 km od Tibilisi i jakieś 10 km od granicy z Rosją.

Z dworca autobusowego ze stolicy można złapać bezpośredni transport w tamto miejsce. Dodatkowo też bus był już prawie pełny kiedy przyszedłem szukać transportu w tamto miejsce, więc ruszyliśmy praktycznie od razu.

Jak wspomniałem wcześniej, droga do pokonania w jedną stronę to jakieś 150 km, jednak jak na warunki drogowe w tym kraju to bardzo dużo. Trasa nazywana jest “Gruzińską droga wojenną”. Nazwa ta bierze się jeszcze, że starożytnych czasów, kiedy to był wykorzystywany przez kupców, armię czy ludzi wędrujących pomiędzy Azją a Europą. Szlak w tamtych czasach był mocno ufortyfikowany.

Zatrzymaliśmy się na chwilę przy twierdzy Ananuri, która przepięknie się prezentowała na tle gór i szmaragdowego jeziora.

 

Przy drodze głównej stały stragany z lokalnymi produktami oraz z kiczowatymi pamiątkami podobnych do tych sprzedawanych na naszej Gubałówce. Środkiem ulicy czasami przechadzały się krowy i nie robiło to wielkiego wrażenia na nikim i najwyraźniej na mnie już też nie.

 

Kolejny przystanek robimy pod przełączą krzyżową gdzie znajduje się platforma widokowa wraz z wielkim freskiem przekazanym w latach 80. poprzedniego wieku przez ZSRR na 20-lecie paktu z Gruzją.

 

Kolejny przystanek zrobiliśmy pod przełączą krzyżową, gdzie znajdowała się platforma widokowa wraz z wielkim freskiem przekazanym w latach 80. XX w. przez ZSRR na 20 rocznicę podpisania paktu gruzińsko-sowieckiego.

 

Cała trasa zajęła ok 3 h. nim dojechaliśmy do Stepancminda, miasta leżącego u podnóża Cminda Sameba. By dostać się do klasztoru trzeba się wspiąć ponad 400 m piechotą.

Na niebie natomiast pokazały się pierwsze ciemne chmury i wydawało by się mogło, że zaraz zacznie padać. Deszcz złapał mnie gdzieś w połowie trasy na szczyt a ścieżki pod moimi nogami zamieniły się potoki. Było to dość przyjemne z racji tego, że cały czas temperatura sięgała 40 stopni w tych stronach.

 

W momencie kiedy wspiąłem się na ostatnią ostatnią polanę naglę przestało padać, a chwilę później ukazał mi się monastyr do którego zmierzałem. W pobliżu znajdowały się rozbite namioty i samochody terenowe, które jako jedyne mogły by być zdolne by podjechać w takich warunkach.

 

W momencie kiedy zbliżałem się do klasztoru, słońce znów wyszło za chmur, a znikąd zaczęli pokazywać się turyści. W samym monastyrze przebywało pełno ludzi, ze względu na wartość kulturową oraz religijną dla Gruzji.

 

Widoki otaczające mnie z każdej strony są nie do opisania.

 

Po zejściu z Cminda Sameba przy postoju autobusowym sami Polacy, więc trasę powrotną do stolicy odbywam w ich towarzystwie. Siedziałem z przodu, w miejscu którym powinna znajdować się kierownica, gdyż model należał był pojazdu był przeznaczony do ruchu lewostronnego. W Gruzji kierunek jazdy jest prawostronny, posiadanie samochodu z kierownicą po lewej stronie jest natomiast nieobowiązkowe i tak się złożyło, że miałem przyjemność jechać takim modelem. Dodatkowo brawura Gruzińskich kierowców często mi się udzielała i miałem zapewnione emocje z pierwszego rzędu.

 

Po powrocie do stolicy miałem chwile przerwy hostelu, bo na sam wieczór byłem umówiony z Asią i Marie na piwo w centrum. Tak się złożyło, że tamtego dnia odbywał się mecze finałowy w mistrzostwach świata w piłce nożnej.

 

Z dziewczynami spotkałem się przy stacji metra znajdujących się blisko klubów i lokali, po czym skierowaliśmy się do jednego z pubów, by pogadać i obejrzeć mistrzostwa. Marie musiała być bardzo podekscytowana, że to właśnie dzisiaj gra jest krajowa reprezentacja z Niemiec. Dziewczyny opowiedziały mi w między czasie o swoich przygodach w AIESEC’u będąc przez miesiąc w Armenii i o tym co można tam zobaczyć. Dodały, że jeszcze planują pojechać do Batumi i dopiero potem wrócić do domu. Tym czasem mecz trwał w najlepsze, gdzieś obok nas Gruzini zaczynali śpiewać. Ostatecznie Niemcy wygrywają mecz, a Marie była bardzo zadowolona. Tym miłym akcentem pożegnałem się z dziewczynami i umówiliśmy się na następny dzień by zwiedzić stolicę.

Niestety moje przygody na ten dzień się nie skończyły, prawdopodobnie udzieliło mi się gruzińskie jedzenie i dostałem problemów żołądkowych. Te jednak przeszły mi po jednej nocy, ale i tak z dystansem podszedłem do picia i kosztowania wszystkiego następnego dnia.

 

Dzień 6
Pierwszy dzień w którym nie gonił mnie czas z rana, bo z dziewczynami umawiam się dopiero na godzinę 11 w tym samym miejscu co dnia poprzedniego. W pierw mieliśmy się wybrać do muzeum monet, ale okazało się, że o owe miejsce istniało tylko w przewodniku, a bank w którym się znaleźliśmy nikt nic o tym nie wiedział. Jednak w centrum znaleźliśmy polski akcent.

 

Następnie odwiedziliśmy pchli targ, który robi duże wrażenie. Targ staroci, rzeźb, obrazów czy klamotów domowych, tak czy siak można wygrzebać nie małe skarby pochodzące np. z czasów II Wojny Światowej. Postanawiam wrócić tu pod koniec wyprawy by kupić sobie jakaś pamiątkę do domu.

 

Stare miasto zaklęło w sobie urok wąskich uliczek oraz połączyło stare kamienicami z nowoczesnymi lokalami. W jednym z lokali o przyjaznej nazwie KGB stołowaliśmy się.

 

Nie daleko stamtąd poznaliśmy kobietę która zajmowała się kotami. Miasto zaopatrywało ją w surowice czy karmę dla sierściuchów, a ona je dopatruje.

 

Kolejno zmierzyliśmy do Rike Park przez Most Pokoju, pieszczotliwie zwany “podpaską” by dalej udać się w stronę Soboru Trójcy Świętej, będącym jedną z największych kompleksów świątyń na świecie.

 

Z bliska przyglądaliśmy się pałacu prezydenckiemu i udaliśmy się na kolejką liniową pod twierdzę Narikala, która góruje nad miastem.

Mieliśmy okazję spotkać i posłuchać wycieczkę polską przy której przewodniczka opowiadała o tym jak nowy prezydent Gruzji zminimalizował poziom korupcji w policji gruzińskiej wymieniając w dużej mierze funkcjonariuszy na młodych oraz ściśle współpracując z amerykańskim rządem.

Dalej tylko minęliśmy pomnik Matki Gruzji, po czym pożegnałem się z dziewczynami po całym dniu spacerowania. Następnego dnia każdy z nas miał inne plany.

 

Dzień 7
Rano ruszyłem metrem na stację Rustawelis, czyli ścisłe centrum. Niedaleko stamtąd organizowane były transporty do Dawida Garedży – jednego z najsłynniejszych kompleksów monastyrów w Gruzji, który został założony w VI w. przez syryjskiego mnicha. Teraz obiekt stoi na granicy gruzińsko-azerbejdżańskiej i jest w pewnym stopniu konfliktem sporu terytorialnego między tymi krajami.

 

Idea wycieczki powstała z braku jakiejkolwiek komunikacji między stolicą a monastyrem i została zorganizowana z pomysłu Polaków. Codziennie rusza z chętnymi w stronę kompleksu.

Ze stolicy do przygranicznego monastyru podróż trwa ok 2 godziny. Jadąc po praktycznie wypalonych słońcem terenach dociera się do jeszcze cieplejszych regionów tego kraju.

 

W okolicy znajdował się tylko jeden sklep z pamiątkami i prawie cały otwarty teren kompleksu do zwiedzania otoczony murem. Główna cześć to dziedziniec i sale świątynne. Po za tym po okolicy wiedzie szlak by móc obejrzeć wiele jaskiń wydrążonych w stale. Gdy wchodzi się na najwyższy punkt wzniesienia widzi się bezkresne polany, które porasta wypalona słońcem trawa. Jadąc w ten region warto zaopatrzyć się w wodę gdyż nie kupi się tu żadnej na miejscu.

Samo zwiedzanie zajęło ok 2-3h po czym wróciliśmy do stolicy. Kierowca po drodze pokazał swoje możliwości jadąc na przełaj, tylko po to by wyprzedzić innego kierowcę. Po takich wertepach nie sposób było wylądować w tym samym miejscu, na dodatek samochód wcale nie był terenowy.

Po paru godzinach gdy wróciłem do hostelu miałem okazje poznać Kasie i Karolinę, pomysłodawczynie tego wyjazdu. Dziewczyny wróciły tamtego dnia z Azerbejdżanu, a następnego dnia mieliśmy w trójkę jechać do Armenii.

 

Dzień 8
Z samego rana planowaliśmy dojechać stopem do Erywania w Armenii oddalonego od Tbilisi o ok. 300 km. Ruszyliśmy jednak z lekkim opóźnieniem, po prostu, zwyczajnie nikomu nie chciało się wstać z pierwszym budzikiem. Wpierw metrem do centrum, a dalej marsrzutką na obrzeża miasta. By dostać się na wylotówkę z miasta zostaliśmy podwiezieni jeszcze grzecznościowo przez Gruzina. Tam już poszło łatwo, bo nie czekamy długo. Po 10 min dwóch sympatycznych panów zabrało nas kilkadziesiąt kilometrów w stronę granicy. Tym samym zostaliśmy poczęstowani napojami i piwem. Podwieźli nas do najbliższej mieściny skąd do granicy dowiozła nas marszrutka.

Zastanawialiśmy się jak będzie wyglądać przeprawa graniczna z Gruzji do Armenii i czy okażą się jakieś problemy z wizami z Azerbejdżanu. Jednak na żadnej ze stron nie mieliśmy trudności z przekraczaniem granicy. A w sprawie wiz Azerbejdzańskich dziewczyną zostały zadane tylko parę pytań, typu: “W jakim celu tam były?”.

Do stolicy mieliśmy jeszcze ponad 200 km., a do tej pory poruszaliśmy się krótkimi odcinkami. Obawialiśmy się, może być to trochę męczące jak tak dalej pójdzie.

 

Obawialiśmy się, może być to trochę męczące jak tak dalej pójdzie.

Jednak zaraz za granicą znów przygotowaliśmy się do łapania stopa. Dosłownie nie podnieśliśmy jeszcze naszej tabliczki “Erywań”, a już autokar stanął obok nas, a kierowca zawołał czy nas nie podwieźć.

W autokar był cały pusty, w środku było tylko trzech Ormianów, więc podróż zapowiedziała się nam dużo bardziej przyjemnie i komfortowo.

 

Przejeżdżaliśmy przez Wanadzor, miasta słynącego z wielkich zakładów chemicznych, kręte i ciasne górzyste drogi oraz bezkresne niezamieszkane tereny polan.

 

W między czasie nasi nowi przyjaciele zaoferowali nam napoje, lody i gorące pieczywo. Starali się jak tylko mogli by zapewnić nam bardzo przyjemne towarzystwo.

 

Nawet nie zauważyliśmy w którym momencie dojechaliśmy do stolicy. Aczkolwiek w ostatnim etapie podróży autokar zaczyna się przegrzewać, kierowca najwyraźniej był na to przygotowany gdyż raz na kilkanaście kilometrów zatrzymywał się i ochładzał silnik butelką wody. Było to już na ostatnim naszym odcinku więc nie mam pewności czy dojechali tam gdzie chcieli czy zatrzymali się później by pojazd odpoczął.

Stolica Armenii powitała nas w zupełnie w europejskim klimacie. Do tamtej pory widzieliśmy rozpadające się stare brudne budynki. Szare albo brunatne bloki. Tam nie dość, że tętniło życie to jeszcze było w miarę schludnie na ulicach.

W hostelu natomiast spotkałem ostatniego członka naszej ekipy Macieja, z którym dziewczyny miały przyjemność przylecieć parę tygodni wcześniej do Gruzji.

 

Dzień 9
Z Kasią, Karoliną i Maciejem postanowiliśmy zwiedzić okolice stolicy. Zdecydowaliśmy się, że weźmiemy taksówkę i objedziemy największe atrakcje tego regionu. Wpierw zmierzyliśmy do Chorp Virap, praktycznie ikony Armenii, gdzie na tle majestatycznej góry Ararat stoi wspaniały monastyr tego kraju.

 

Monastyr znajduje się na terytorium Armenii, natomiast góra Ararat leży po stronie Tureckiej. Dla Ormanów góra ma duże znaczenie historyczne jednak ze względu na konflikt z Turcją granice obu państw są wobec siebie zamknięte.

 

Kolejnym przystankiem był Eczmiadzyn, czyli duchowna stolica tego kraju będąca najstarszą i najważniejszą świątynią ormiańską.

 

Po powrocie do stolicy mieliśmy chwilę by skosztować ormiańskiej kuchni i chwilę później ruszyć do Matenadaran. Matenadaran jest repozytorium dawnych rękopisów ormiańskich, gdzie najstarsze dzieła sięgają V w. Utwory literackie są gromadzone ze wszystkich stron świata, prócz literatury znaleźć można stare mapy jakimi kiedyś się posługiwano czy skryty. Nie które mapy wskazywały jako centrum ziemi Jerozolimę.

 

Pod wieczór wraz Maciejem uznaliśmy, że warto odwiedzić słynną na cały świat fabrykę koniaku Ararat i zarazem skosztować tamtejszego trunku. Ruszyliśmy marszrutą na drugi koniec miasta by na początku zwiedzania posłuchać historii koniaku, a następnie udać się na jego degustację.

 

Zwiedzanie odbywało się z przewodnikiem, który przedstawiał kolejno skąd są sprowadzane winogrona i jakie warunki muszą spełniać by się nadawały na trunek. Po czym nastąpiło krótkie wprowadzenie na temat istoty beczki w jakiej jest przechowywane wino i jak długo powinno leżakować w piwnicach.

W momencie kiedy przechodziło się do kolejnej sali, na środku stała specjalna beczka koniaku. Beczka miała zostać otwarta w momencie zakończenia konfliktu terytorialnego pomiędzy Górnym Karabachem a Azerbejdżanem.

 

Sala obok była poświęcona znanym osobą, które odwiedziły tą fabrykę, między innymi na tabliczkach przypiętych do beczek zobaczyć było można nazwiska Kwaśniewskiego, Wałęsy czy Komorowskiego.

 

Z całą fabryką wiąże się jeszcze jedna anegdota. Mianowicie podczas konferencji w Jałcie Stalin przekazał w prezencie Churchillowi butelkę armeńskiego koniaku. Premierowi Brytanii trunek tak przypadł do gustu, że zamawiał skrzynie pełnie Araratu, aż do śmierci.

 

Po czy kończymy degustacją koniaku.

 

Późnym wieczorem, po powrocie z fabryki, siedzieliśmy na kaskadowych schodach Erywania przy winie. Akurat przechodzący Armeńczyk słysząc polską gwarę zaczepił nas w naszym języku tłumacząc, że sam wiele lat spędził w naszym kraju gdzie pracował jako sprzedawca, a później jako bokser. W każdym bądź razie miło wspomina tamte chwile, niestety nie posiedział z nami długo. My natomiast niedługo później wróciliśmy do hostelu.

 

Dzień 10
Wcześnie rano ruszyliśmy na dworzec autobusowy skąd mieliśmy złapać transport na wschód, do Górskiego Karabachu. Kiedy marszruta zapełniła się cała, dostawiono kolejne miejsca w korytarzy, tym samym powstał ścisk jeszcze większy w i tak ciasnym busie.

 

Im dalej jechaliśmy na wschód tym zaobserwować było można biedniejszą stronę tego kraju. Tak się składa, że tylko Erywań zasługuje na miasto o wysokim standardzie. Reszta miasteczek wyglądała jakby zatrzymała się jeszcze w czasach poprzedniego wieku. A im bliżej znajdowaliśmy się Karabachu widzieliśmy coraz to więcej wojsk.

 

Na granicy pomiędzy Karabachem a Armenią turyści dostają pokwitowanie o wjeździe. W stolicy natomiast są zobowiązani do wykupienia wizy. Teoretycznie jeśli marszruta by się nie zatrzymała to straż graniczna by uznała, że w środku jechali sami Ormianie.

 

Po dotarciu Stepanakert, stolicy tego kraju, zakwaterowaliśmy się w jedynym w tym mieście hostelu,a następnie ruszyliśmy do urzędu po wizy. Te dostaliśmy po 30 min czekania, wypełniając formularz i płacąc 3000 AMD. Tym samym w urzędzie poznaliśmy autostopowicza Kubę, który przejechał z Polski.

Po załatwieniu spraw wizowych zdecydowaliśmy się by zobaczyć Agdam, miasto w którym jeszcze w latach 90. żyło ok 150 tys. ludzi. Tamtego dnia stały tam tylko ruiny domów. Skorzystaliśmy z usług taksówkarza by dostać się na miejsce. Taksówkarz nie chętnie chciał się tam wybrać ale ostatecznie dał się przekonać.

 

Na miejscu oprócz zgliszcz w oddali stały dwie wieże meczetu, czasem przejeżdżał tamtędy jakiś samochód ale nikt się nie zatrzymywał. Taksówkarz twierdził, że tam gdzie staliśmy było w miarę bezpiecznie, ale nie podjechałby w głąb tego terytorium ze względu na azerbejdżańskie wojsko, które może mieć rozlokowane swoje jednostki w pobliskich górach.

 

Będąc z powrotem w mieście ruszyliśmy wszyscy się przejść po tej niewielkiej stolicy. Złożyło się, że spotkaliśmy przewodnika i rodowitego mieszkańca stolicy. Zaproponował, że się z nami przejdzie i opowie trochę historii jego suwerennego państwa.

 

Starał się unikać tematów politycznych, więc na niego nie naciskaliśmy. Opowiedział nam historie miasta, o tym, że Stepanakert jest stolicą od dość młodą. O tym, że stara stolica – Susza została zbombardowana. Oraz, że raz do roku milioner z Karabachu organizuje dla młodych par tego kraju jedno wspólne wesele za które wszystko on sam płaci. Dodatkowo ten sam milioner przy narodzeniu dziecka wspomaga ową parę finansowo.

 

Wycieczkę skończyliśmy na dachu najwyższego hotelu swobodnie spędzając czas przy piwie.

 

Po powrocie do hostelu dołączyliśmy się do innych jego gości, którzy miło spędzali czas. Zintegrowaliśmy się z Węgrem, Czechem oraz ze Słoweńcami. No i tak poznałem smak kolejnego alkoholu, tutowki. Pamiętam jeszcze tylko, że było bardzo wesoło i przyjaźnie, ale już niekoniecznie powrotu do łóżka.