Dzień 11 (15.08.15) Sobota
Kolejne dni były deszczowe, jedynie w stolicy pogoda była lepsza niż w reszcie kraju.
Zdecydowałem, mimo tego pojechać do Þingvellir. Þingvellir jest parkiem narodowym. W 930 roku zebrał się po raz pierwszy islandzki parlament. W tym momencie na miejscu znajduje się tam budynek służący za interaktywną informację dotyczącą nie tylko historii kraju, ale i również ciekawej struktury wyspy. Ciekawej ze względu na obszar związany nietypową budowę geologiczną. Islandia łączy ze sobą dwa kontynenty, europejski i ameryki północnej. Na obszarze tego parku można dostrzec najlepiej różnicę tych półkul. Dodatkowo dwa razy dziennie przewodnik odprowadza turystów po parku bez żadnych opłat.

Po uzupełnieniu zapasów na campingu, wsiadłem w autobus, który zawiózł mnie na obrzeża miasta. Dalej musiałem przejść pieszo mały kawałek by znaleźć się na na drodze kierującą się bezpośrednio do tego parku.
Po 10 min zatrzymuje się starsze małżeństwo jadące akurat do swojego domku letniskowego. Podwożą mnie dalej niż sami planowali jechać, za co jestem im bardzo wdzięczy za to.

 

Po rozbiciu namiotu na polu ruszam na pod jeden z najstarszych drewnianych kościołów jaki się stał na wyspie, skąd przewodnik za darmo oprowadzi grupę turystów po tym miejscu.

 

O określonej godzinie przychodzi przewodnik, który opowiada o pierwszych osadnikach na wyspie, pierwszym stworzonym parlamencie, początkach Chrześcijaństwa nałożonego przez norweskiego króla oraz o strukturze geologicznej wyspy.
Po godzinnym wykładzie na temat tych terenów i historii Islandii, chciałem odszukać jeszcze ruiny farm, znajdujących się na po pobliskich terenach. Niestety im dalej szedłem zarośniętym szlakiem tym gorzej znosiły to moje buty. Było bardzo wilgotno, przez co całe buty przesiąknęły wodą. Dalsza podróż nie miała sensu, więc zawróciłem do namiotu by się osuszyć.

 

W tym samym czasie przyszła na pole namiotowe jakaś dziewczyna. Okazała się również autostopowiczką i tak samo jak ja miała już dość dzisiejszej pogody. Pochodziła z Francji, a resztę wieczoru spędziliśmy na rozmowie o Islandii, miejscach wartych uwagi i dalszych planach.

Dzień 12 (16.08.15) Niedziela
Było wcześnie rano. Koło godziny 8 i lało jak z cebra. Nie było sensu, by wychodzić w taką pogodę więc spałem dalej.
O godzinie 9 sytuacja się nie poprawiła, więc kontynuowałem moją drzemkę.
O 10 był już znacznie lepiej, ale śniadanie zjadłem w moim małym namiocie.
Dopiero po 11 przestało padać. Wyjść jednak ot tak nie mogłem, moje buty niestety nie zdążyły wyschnąć. Postanowiłem owinąć skarpety papierem toaletowym by nie stop, by wilgotność nie przesiąkła mi nóg. Reszta ciuchów wyschła na moje szczęście.

Kiedy wyszedłem z namiotu, dziewczyna z Francji była już na nogach i przygotowywała sobie posiłek pod wiatą drewnianego budynku który był połączeniem jadalni, kuchni i łazienki polowej. Sam też musiałem sobie coś przygotować, więc przyłączyłem się do niej. Po siedziała godzinę po czym ruszyła do stolicy a następnie w stronę lotniska, lot miała zaplanowany na dzień następny ale wolała być w okolicach lotniska wcześniej. Ja sam nie wiele po niej również, spakowałem się i ruszyłem na drogę. Pogoda nie rozpieszczała, więc zdecydowałem się wrócić do stolicy. Do Reykjaviku podwiózł mnie Islandczyk, odstawił mnie kawałek od centrum, więc miałem dłuższy spacer do campingu.

Na miejscu spotkałem znane mi już z poprzednich dni dwie autostopowiczki z Niemiec. Z dziewczynami wymieniłem się przygodami jakie nas spotkały.

Dzień 13 i 14 (17 i 18.08.15) Poniedziałek i Wtorek
Przez te dwa dni spędziłem czas na oglądaniu deszczowego Rejykawiku. Na rozmowach z Nicole i Christiną.
W między czasie przyjechał nawet Odedem – Izraelczyk, którego spotkałem na początku wyprawy. Podróżował z Simą, jednak ta miała krótszą wycieczkę i już wróciła do Ameryki. On sam jeszcze planował zrobić mały trekking na wyspie.
Otrzymuję również informację, że Aleksander, rowerzysta, jest już w Warszawie.
Dziewczynami z Niemiec natomiast we wtorek się pożegnały się ze mną, bo musiały wracać już do domu.
Wtorkowy wieczór za to udało mi się spędzić na oglądaniu reportażu o lodowcach i jedzeniu gorącego popcornu zorganizowany przez pobliski hostel.

 

Dzień 15 (19.08.15) Środa
Pogoda miała się lekko poprawić, w takim razie postanawiam, by zwiedzić jeszcze zachodni brzeg wyspy i okolicę Keflawiku. Wsiadłem z rana do autobusu miejskiego, który zawiózł mnie na przedmieścia. Jechałem ponad godzinę, ale szczerze powiedziawszy szybciej się nie wydostałbym z miasta niż komunikacją miejską. Sam Reikjavik jest bardzo rozległy, przy tym łączy ze sobą pobliskie miejscowości, co daje jeszcze większy obszar zabudowany.
Poprzedniego dnia autostopowiczki z Niemczech próbowały dostać się na lotnisko z centrum autostopem, jednak zrezygnowały po 30 minutach. Skierowały się na autobus, którym dojechały bezpośrednio na lotnisko.
W centrum miasta prawdopodobieństwo, że ktoś akurat jedzie w porządnym kierunku jest niskie. Nawet na tak małą wyspę jak Islandia, jest to trudnym wyzwaniem.
Ja natomiast postanowiłem, że ustawię się za ostatnim głównym wyjazdem z terenu zabudowanego. Skąd spróbowałem złapać kogoś kto mnie zabierze na zachodnie wybrzeże.
Miejsce, które wybrałem okazało się idealne. Osoba jaka przyszła mi z pomocą okazała się Polakiem. Kiedy mnie odebrał, powiedział, że zobaczył mnie za późno by wyhamować, ale zdecydował zawrócić i zabrać mnie ze sobą. Sympatyczny człowiek, chciał być bardzo pomocny i definitywnie poprawił mi humor na cały dzień. Mikołaj jechał na lotnisko, aczkolwiek ja pożegnałem się z nim przy zjeździe na Grindavík.
Chwilę później odebrało mnie dwoje geologów jadących do pracy i podwiozło mnie do wspomnianego miasta.. W Grindavík nie znalazłem niczego ciekawego, więc wybieram się wzdłuż wybrzeża. Tam ruch diametralnie zamarł. Duży kawałek drogi przeszedłem na pieszo, by nie tracić czasu na czekanie. Ostatecznie skorzystałem dwa razy z autostopu nim dostałem się pod najstarszą latarnie Reykjanesviti na wyspie.

 

Dalej już zostałem podwieziony przez Francuzów w miejsce symbolicznego mostu łączącego kontynent Ameryki i Europy, oraz dalej do Keflavíku.

 

Robiło się już późno, więc ruszyłem się w stronę pola namiotowego. Okazało się, że camping w mieście od jakiegoś czasu nie funkcjonuje. Do najbliższego było jakieś 20 km. Nie było to dla mnie to żadnym problemem, bo zaraz na obrzeżach miasta znajduję miejsce na rozbicie namiotu, gdzie przyjemnie spędziłem noc.

Dzień 16 i 17 (20-21.08.15) Czwartek i Piątek
Pogoda nie rozpieszczała, raz słońce wyłaniało się za chmur, a czasem deszcz padał.
Rano mam okazję przejść się po mieście i posiedzieć na nabrzeżu. Postanowiłem trochę powłóczyć się na klifach i wymienić resztę pieniędzy które mi pozostało. Z tym ostatnim nie wyszło mi do końca. Mianowicie, nie można wymienić Islandzkiej Korony bez wydanego biletu lotniczego. Bilet miałem uzyskać dopiero przy odprawie na lotnisku, jednak zostałem poinformowany, że po przejściu odprawy będę mógł spokojnie wymienić pieniądze na miejscu.

 

Po całodniowym spacerze, ruszyłem na lotnisko, które znajdowało się parę kilometrów od miasta.
Wiedziałem, że na lotnisku nie można nocować, jednak lot miałem bardzo wcześnie rano i mimo to postanowiłem przeczekać noc tam oraz przy okazji wysuszyć moje rzeczy.
Przepakowałem bagaż, pozbyłem się niepotrzebnych rzeczy. Namiot rozłożyłem na pobliskich grzejnikach, a sam pogrążyłem się w lekturze. W między czasie coraz więcej osób rozkładała karimaty w mniej newralgicznym miejscu tego budynku.
Zrobiło się już późno, a na zewnątrz było ciemno. Po tych paru godzinach tam, namiot wyschnął. Tuż obok wisiała tabliczka o zakazie spania na lotnisku, a jednak osoby w moim otoczeniu śpią. Tak czy siak i mi udało się zamknąć oczy na dwie godziny nim ochrona nas obudziła. Parę kolejnych godzin przeczekuję na siedząco w pół śnie nim nadszedł czas na mój lot.
To co zbędne zostawiłem, a to co mogłem zjadłem i z takim odchudzonym plecak mogłem wejść do samolotu bez problemu.
Odprawa poszła szybko i sprawnie, a całą podróż samolotem praktycznie przespałem nim wylądowałem w Danii. W Kopenhadze panował upał, więc trzeba było zrzucić z siebie te islandzkie warstwy. Teraz miałem się udać do Trelleborga, w podobny sposób jaki przyjechałem z Trelleborga na lotnisko. Dalej promem dostałem się do Świnoujścia i tak właśnie w Polsce bylem chwilę przed północą.

Dzień 18 (22.08.15) Sobota

Kiedy wybiła 24, znajdowałem się na stacji benzynowej w Świnoujściu, bez żadnego normalnego transportu do Szczecina o tej godzinie. Mogłem przeczekać do rana i pojechać pociągiem albo wrócić stopem, tylko czy koś o tej porze by mnie zabrał? Jednak skoro przejechałem tyle już autostopem to czemu by nie spróbować jeszcze jeden raz.
Chciałem się przespać już we własnym łóżku, bo jeszcze tego dnia zmierzałem pojawić się na wesele mojego przyjaciela.
I tak zajadając batonika i paluszki, pytałem się kierowców tirów czy mnie nie podwiozą. Pierwszy kierowca zaproponował transport do Goleniowa, ale skoro jeszcze nie ruszał to w między czasie pytałem innych. Dobrze się złożyło, bo znalazłem kogoś kto akurat podwiózł mnie do Szczecinie. Tym samym mogłem być wypoczęty na późniejsze wesele.

Koniec odcinka islandzkiego.