Od dłuższego czasu chciałem wybrać się na Islandię, w dużej mierze ze względu na nieziemskie widoki których naoglądałem się w Internecie. Zdawałem sobie sprawę, że na wyspie ceny są wysokie, a i potrafi być całkiem zimno oraz bardzo wietrznie. Dlatego w 2014 roku postanowiłem, że w kolejne wakacje polecę na wyspę Ognia i Lodu.
Najpierw musiałem się zdecydować jak ograniczyć koszty. Wiedziałem, że transport publiczny będą liczone holendarne ceny. By przejechać krótki odcinek międzymiastowy komunikacją musiałbym wydać nawet 100 zł. Loty na Islandię sięgały w sezonie nawet do 1500 zł, a jedzenie bywało 4 razy droższe.
Opcje miałem trzy. Pierwsza dotyczyła zorganizowania jakieś grupy świrów podobnych do mnie. Następnie wynajęciu samochodu i objechania wyspy dokoła. Wiedziałem jednak, że mobilizacja znajomych, którzy nie do końca są entuzjastami chłodnych miejsc oraz drogich krajów świata może się nie powieść. Tak więc nie marnując sił i czasu na ten wariant zdecydowałem się skupić nad dwoma innymi możliwościami. Czyli rower albo autostop. Oba te motywy wydawały się być sprawdzone przez wiele osób. W przypadku objechania rowerem wyspy zdawałem sobie sprawę, że posiadam odpowiednią kondycję i będę niezależny od innych jednak nie byłem pewny czy mój sprzęt podoła zadaniu. Opcja autostopu wiązała się z wątpliwościami, że nie uda mi się wyjechać z lotniska i wydawało mi się, że prawie 3 tygodnie będzie okresem nie wystarczającym na przejechanie ok. 1500 km. Jednak uczestniczyłem w wielu prezentacjach, czytałem setki blogów, znajdowałem tysiące porad i ostatecznie zdecydowałem się na opcję autostopu.
Problemem, który się narodził w czasie planowania było znalezienie taniego lotu. Najtańszą opcją okazał się lot z Warszawy z przesiadką w Kopenhadze, loty te były oferowane przez firmy Ryanair i WOWair. Miesiąc po wykupieniu lotu, Wizzair postanowiło uruchomić tanie loty bezpośrednie z Gdańska na Islandię. Moich biletów nie dało się zwrócić więc zaakceptowałem kolej rzeczy i przygotowywałem się dalej do jednej z najciekawszych podróży. Następnym problemem który narodził się jakieś 2 miesiące przed lotem z Warszawy, było zawieszenie lotów z Kopenhagą przez Ryanair, na co przewoźnik tylko zwrócił koszty za ten odcinek. Jednak to postawiło mnie przed kolejnym zmartwieniem jak: dostanę się do stolicy Danii na czas? Po krótkiej rozmowie mailowej z obsługą owych linii nie udało mi się wywalczyć alternatywnego lotu do Kopenhagi. Pozostała mi opcja: promem do Trelleborga ze Świnoujścia, a dalej komunikacją na lotnisko. Opcja ta okazała się droższa, ale nie chciałem już rezygnować z podróży nad którą tak długo pracowałem.

Dzień 0 (4.08.15) Wtorek
W dzień kiedy wyjeżdżałem z domu dowiedziałem się, że połączenie Szczecin – Świnoujście jest przerwane i od pewnego momentu kursuje autobus zastępczy. Tygodnie przygotowywań, setki przekopanych stron internetowych, dziesiątki razy sprawdzania i przepakowywanie plecaka utwierdzały mnie w przekonaniu, że jestem gotowy na tą wyprawę i nic jej nie zepsuje. Najwyraźniej moja podświadomość uznała, że wyprawa dookoła Islandii autostopem w niecałe 3 tygodnie musi się udać.
Do Świnoujścia dojechałem na czas, a stamtąd popłynąłem promem do Trelleborga, gdzie spędziłem 6 godzin w stołówce śpiąc na jednej z kanap.

Dzień 1 (5.08.15) Środa
Koło godziny 8.30 schodzę na ląd w Trelleborgu, skąd mam pojechać autobusem do Malmö, a następnie pociągiem na lotnisko w Kopenhadze. Na żaden z transportów nawet nie muszę długo czekać. Idealnie się wszystko złożyło, bo miałem dodatkową godzinę do odprawy. W tym czasie podładowałem sobie mp3 i zjadłem resztę mojego śniadania.
W momencie kiedy stawiałem się do odprawy mój bagaż ważył o 2kg za dużo i aby nie dopłacać za kilogramy, odszedłem na bok i przepakowałem swój plecak. W tedy właśnie sobie uświadamiam, że w plecaku mam prawie 1,5L wody o czym kompletnie zapomniałem, a miałem się jej pozbyć. Wrzucam jeszcze na siebie bluzę z plecaka oraz chowam do kieszeni książkę. Za kolejnym razem przy sprawdzaniu ciężaru bagażu odbyło się bez większych problemów.
Gdy już podchodziłem do lądowania, wyspa wyłoniła się spod chmur, w niektórych partiach Islandii można było zaobserwować dużo śniegu, a w innych wielkie połacie zieleni.

Cała Islandia posiada ok 325 tyś. mieszkańców, to trochę więcej niż Katowice. Natomiast w samej stolicy, Reykjavíku, przebywa niecałe ⅓ ludności czyli ok 119 tyś. ludzi.

Po wylądowaniu na lotnisku nie spodziewałem się, że będzie tam taki tłok. Wyspa w stosunku do tego portu lotniczego okaże się wielkim kontrastem. Jednak jak tylko wyszedłem z budynku lotniska od razu spotkało mnie to czego się spodziewałem, czyli bezkresny horyzont. Z drugiej strony tym, co można odczuć natychmiast to diametralna różnica temperatury. Jeszcze parę godzin przed moim przylotem na wyspę, w Kopenhadze było ok. 30 stopni teraz tu, na Islandii, jest niecałe 15. Dodatkowo wiał silny wiatr, więc czuć można było spotęgowany efekt chłodu.

 

Samo lotnisko jest oddalone od stolicy o jakieś 50 km, a jakoś trzeba się dostać do miasta. Postanowiłem, że cały czas będę jeździł autostopem, jedynie w Reykjavík’u skorzystam z komunikacji miejskiej. I tak więc, po ustawieniu się na drodze wiodącej do stolicy, może w 3 minuty łapię okazję.

 

Matka z synem akurat jechali do domu, z uśmiechem na twarzy zaoferowali mi swoją pomoc. Jako, że informuję ich, iż jest to moje pierwsze doświadczenie z Islandczykami na tej wyspie ci postanawiają być bardziej pomocni i zawożą mnie prosto na camping.

Szybko rozstawiam namiot i rozglądam się po okolicy. Camping oferuje możliwość pozostawienia niepotrzebnego sprzętu oraz jedzenia w przypadku jakby opuszczało się wyspę. I tak właśnie w moje ręce praktycznie trafia napełniona do pełna butla gazowa która de facto jest sprzedawana w recepcji tego ośrodka za niemałą kwotę. Dodatkowo zabieram parę śledzi do namiotu, makaron, ryż i wiele innych rzeczy mniej lub bardziej przydatnych.

 

Resztę dnia spędzam na spacerze wzdłuż wybrzeża.

 

Dzień 2 (6.08.15) Czwartek
Noc nie była najzimniejsza, jednak obudziła mnie bym założył coś cieplejszego. Temperatura co prawda spadła do ok. 7 stopni, a ja dopiero przyzwyczajałem się do warunków panujących tutaj.

Zapasy jedzenia natomiast miałem przygotowane na najbliższe dwa dni bym nie musiał dźwigać dodatkowy ciężar.
Więc po przygotowanym posiłku oraz wysłaniu kartki pocztowej do rodziny, zaplanowałem jak najszybciej objechać dookoła wyspę, jadąc w przeciwną stronę do ruchu wskazówek zegara.

W stolicy za autobus miejski trzeba zapłacić 400 ISK (ok. 12 zł), by móc przejechać całą linię od początku do końca. Korzystam więc z tego środka transportu by wyjechać jak najbardziej z miasta na wschód.

Siatka połączeń autobusowych w stolicy jest dobrze rozwinięta jak na nie tak liczne miasto. Jednak do niektórych przystanków trzeba się przejść kawałek, aczkolwiek ten który, mnie interesował znajdował się całkiem niedaleko campingu.

Zmierzając na autobus uświadomiłem sobie, że nie posiadam jeszcze tektury, która by mi służyła jako znak. Ruszam więc pewnym krokiem do pierwszego pojemnika na śmieci pod nieprzeciętnym hotelem gdzie od razu znalazłem to czego szukałem. Chwile później siedziałem już w autobusie. Pojazd ten prowadził polak, pracujący na wyspę od 8 lat. Opowiedział mi o swojej pracy i wspomniał, że ludność polska jest największą mniejszością narodową na Islandii. Dostaje od niego jeszcze wskazówki gdzie wysiąść oraz bym ustawił się by przy najbliższej stacji benzynowej. Gdyż w taki sposób będę miał największe szanse na złapanie okazji.

Na tekturowej tabliczce wypisałem nazwę pobliskiej miejscowości gdzie chcę się udać. Tabliczka była duża więc służyła mi wielokrotnie, dodatkowo przydawała się jako wielce izolator od ziemi ze względu na swoją wielkość.

Po ustawieniu się przy drodze nie czekam długo, może z 5 min, gdzie niemiecka para turystów podwiozła mnie pod Selfoss, gdyż stamtąd planowałem odbić trochę na północ i zobaczyć gejzer i wodospad.

Praktycznie za pośrednictwem jeszcze dwóch okazji docieram do pobliskich gejzerów.

Geysir jest islandzkim gejzerem, który wyrzuca wodę raz na dwa dni na wysokość 50 m, zaraz obok znajduje się jego mniejszy odpowiednik Strokkur który osiąga jedynie 35 m, ale za to częstotliwość jego wybuchów waha się w granicach 10 min.

 

Okolica ta ściąga tu rzesze turystów gdyż jest to jedno z najpopularniejszych miejsc na wyspie. Atrakcja ta należy do Złotego Kręgu (Golden Circle), czyli popularnego szlaku turystycznego na wyspie.

 

Kolejny przystanek Złotego Kręgu jest Gullfoss, czyli piękny i gigantyczny wodospad, również mocno oblegany przez turystów jak gejzery.

 

Stąd następnie decyduję się na powrót do Sellfoss. Wpierw ekspresowa jazda z czterema Islandzkimi dziewczynami, małym i zarazem starszym modelem Renault, po wybojach, po czym przesiadam się na spokojna przejażdżkę z rodziną do miasta będącego moim miejscem przeznaczenia. Z centrum kieruje się na pole namiotowe gdzie rozbijam namiot na noc.

Dzień 3 (7.08.15) Piątek
Z samego rana, jeszcze koło 7:00, rysuje na mojej tekturze kształt wyspy oraz piszę “Road nr 1.” – by lepiej zobrazować cel i chęć objechania Islandii. W rysowaniu ułatwia mi wielka mapa znajdująca się w pokoju socjalnym. Nawet jakieś dwie turystki zrobiły sobie zdjęcia z moim małym arcydziełem.

 

Wracając do namiotu minęły mnie 4 dziewczyny z Polski, ale zanim się zorientował, że to rodaczki już mi gdzieś zniknęły. Ja natomiast się spieszyłem, więc nie miałem czasu by chwile pogadać.
Po spakowaniu swoich manatków ruszyłem na piechotę za miasto by złapać okazję, poszczęściło mi się prawie natychmiast i to podwójnie. Okazało się, że osoby jadące samochodem zmierzają dokładnie do Skógafoss, gdzie znajduje się jeden z najbardziej malowniczych wodospadów na wyspie. Miejsca będącego moim następnym celem. Nowo Zelandczyk i Islandka, którzy to właśnie mnie podwozili byli jak się okazało przewodnikami po tamtejszych okolicach. Zabrali mnie na miejsce bez żadnego problemu, zapytałem nawet czy mógłbym zostawić u nich gdzieś plecak, który w drodze powrotnej bym odebrał. Uśmiechnęli się i pokazali mi miejsce.

 

Właśnie z Skógafoss zaczyna się najpiękniejszy szlak trekkingowy na wyspie, na który trzeba poświęcić 4 dni. Ja niestety nie byłem przygotowany do tego rodzaju wędrówki i nie byłem pewny czy wyrobił bym się z czasem by objechać jeszcze wyspę. Zaraz po zrobieniu paru fotek i nacieszeniem oczu ruszyłem po plecak, a następnie ku głównej drodze.

Dalej podwozi mnie para turystów 6 km, bym mógł zobaczyć rozbity wrak samolotu. Atrakcja często obijana ze względu na brak wzmianki o niej w przewodnikach i trudnościach spowodowanych kamienną drogą. W jedną stronę idę na pieszą do wraku, który jak się okazał był prawie 4 km odległy od drogi.

 

W drugą stronę natomiast łapię okazję i jadę ten sam odcinek z 4 norwegami do głównej drogi. Chwilę później znów stoję z moją niezawodną tabliczką – nie dłużej niż 5 minut. Gdzie zostaje podwieziony do Vík í Mýrdal, miejscowości która słynie ze swojej czarnej plaży i pięknych klifów.

 

W tej miejscowości poznaje jeszcze Słoweńców, którzy sprzedają pamiątki w kontenerze pamiętającego czasy Układu Warszawskiego. Obaj przyjechali tutaj na wakacje by trochę dorobić oraz w między czasie pozwiedzać, by następnie wrócić do swojego kraju.

 

W dalszej części tego dnia założyłem sobie by spróbować pojechać jeszcze dalej i tak stałem chyba godzinę (co okazało się ewenementem w oczekiwaniu na okazję) zanim zabrali mnie Kanadyjka Sima i Izraelczyk Oded. Oboje okazali się przesympatycznymi towarzyszami, a podróż z nimi była przezabawna. W między czasie jechaliśmy długim odcinkiem niesamowitego pustkowia. Dookoła roztaczały się zastygnięte połacie lawy czasami przechodzące w kępy zieleni.
Ostatecznie dojechaliśmy do Kirkjubæjarklaustur, gdzie rozbiłem namiot po czym przeszedłem się obejrzeć okolicę. Wspiąłem się na pobliskie wzniesienie, które przerodziło się niesamowity płaskowyż z widokiem na zachodzące słońce. Był to jeden z piękniejszych obrazów jakie widziałem.

 

Tym widokiem zakończyłem mój dzień.

Dzień 4 (8.08.15) Sobota
Rano obudziło mnie słońce, ale pogoda miała się ponoć zmienić. Na wschodzie czyli tam gdzie zmierzam miało być gorzej. Dlatego chciałem jak najszybciej złapać jakiś samochód, ale zaraz jak tylko się spakowałem Oded i Sima zapytali czy nie chcę zabrać się z nimi do Skaftafell. Skaftafell jest jednym z najbardziej popularnych parków krajobrazowych po tej stronie wyspy wraz ze słynnym czarnym wodospadem znajdującym się w nim. Namawiać mnie dwa razy nie trzeba było i nawet pomogłem im się spakować, by nie mieli zbyt dużo czasu na zmianę decyzji.

Trasę przejechaliśmy bardzo szybko i wesoło. Po drodze można było zaobserwować topniejące lodowce w głębi wyspy. A kilkadziesiąt lat temu właśnie na tym odcinku topniejące lodowce w głębi wyspy zniszczyły jedyny most łączący wyspę po tej stronie. Teraz stoją tam pozostałości konstrukcji służące jako pomniki minionych wydarzeń.

 

Po dojechaniu na miejsce żegnamy się z moimi znajomymi i rozdzielamy się życząc sobie rychłego zobaczenia gdzieś na drodze. Plecak zostawiam w jakimś biurze turystycznym by go nie nosić i ruszam zobaczyć Svartifoss, czyli wspomniany wcześniej czarny wodospad.

 

Jako, że pogoda zaczyna robić się coraz mniej przyjemna, postanawiam szybciej udać się w dalszą podróż.
Nim dotarłem na główną drogę zrobiło się naprawdę mało sympatycznie, zaczęło już mocniej padać, a wiatr urósł w siłę. Po drodze minąłem jednego autostopowicza, który oczekiwał na transport, co mi wcale nie poprawiało humoru. Kiedy natomiast dotarłem do skrzyżowania z drogą główną, na poboczu czekało jeszcze 4 autostopowiczów. Wszyscy jednak na moje szczęście chcieli jechać w przeciwną stronę. Widząc tamten “tłum”, przygotowałem się na najgorsze tym, że mogę trochę poczekać. Bardzo pozytywnie się zaskoczyłem, bo nim wyciągnąłem mój magiczny transparent już poderwała mnie czwórka sympatycznych Hiszpanów. Ci natomiast zawieźli mnie nad jezioro Jökulsárlón, czyli laguny lodowców. Piękno tamtego krajobrazu trzeba zobaczyć na własne oczy, bo jest to jedne z wielu miejsc na tej wyspie nie do opisania.

 

Jökulsárlón było szczególnie oblegane przez turystów. Niestety z dużym trudem udało mi się złapać w tym miejscu stopa, gdyż praktycznie większość osób nie zapuszczała się już dalej w głąb wyspy. Krótki odcinek przejechałem z Czechem, a następnie już dużo dłuższy z parą pochodzącą z Nowej Zelandii. Z ostatnimi świetnie rozwinęła się konwersacja, bo zaczęliśmy rozmawiać nawet o serialach. Żartobliwie powiedziałem, że przed wyjazdem na wyspę oglądałem odcinek z Bear Grylls’em ze “Szkoły przetrwania” o tym jak przetrwać na Islandii. Przez chwilę mieliśmy niezły ubaw, bo do tej pory okazywało się, że sobie świetnie radziłem bez nabytej wiedzy z tego programu. Nie gardziłem też żelkami którymi byłem częstowany, z dwojga złego wolałem jeść to niż polować na robaki jak Grylls.

Ostatecznie wylądowaliśmy w Hofn zaraz przy campingu. Czytałem jednak trochę nieprzychylnych opinii o jej mieścinie, ale szczerze powiedziawszy nie różniła się niczym specjalnym od innych miejscowości. Chociaż w gruncie rzeczy miałem chyba jedną z najgorszych pogód właśnie tutaj podczas mojej całej wycieczki. Na campingu jednak chciałem się więc osuszyć chwilę i coś zjem nim ruszę dalej.

Podczas mojego odpoczynku poznałem tutaj dwie autostopowiczki, siostry, Nicole i Christine, które tak samo jak ja w dużej mierze jechały podobną trasą. Trochę później natomiast miałem okazje poznać rowerzystę z Warszawy, Aleksandra. Chciał on przyjechał ze wschodniego wybrzeża i kierował się do Reykjaviku. Rower przetransportował z Danii promem, narzekał jednak trochę na pogodę bo tak jak ja liczył na lepszą.

Po ogrzaniu się próbowałem przez godzinę złapać stopa, by ruszyć jeszcze dalej. Szczęście jednak nie dopisało co sprowadziło mnie z powrotem na camping. Resztę dnia spędziłem z nowo poznanym towarzystwem, a w między czasie nawet trafiam na Sami. Z którą jeszcze tego samego dnia żegnałem się. Najwyraźniej przyszła zobaczyć jakie panują tu warunki na campingu, a że była lekko rozczarowana to zaraz się zmyła dalej.

Trochę później natomiast deszcz trochę ustał, a ja przed snem przeszedłem się po mieście.