Od dziecka lubiłem jeździć rowerem, w gruncie rzeczy był to jedyny środek transportu którym mogłem podróżować bez ograniczeń.
W czasie studiów zacząłem dojeżdżać rowerem na zajęcia. Nie był to żaden wygórowany model. Zwyczajny, prosty, mały góral. Z początku sporadycznie dojeżdżałem na uczelnie, z czasem robiłem to coraz częściej. Gdy zacząłem pracę jeździłem już regularnie, jednak rower się starzał. Trzeba było począć jakieś kroki w tym kierunku i znaleźć godnego następce poprzednika.
Brakowało mi motywacji do kupna nowego roweru, a sam powód zamiany na lepszy model nie był dla mnie priorytetowy, gdyż używałem go tylko do jazdy po mieście i czasem po okolicach. Dlatego też by zainicjować kupno roweru postanowiłem, że wakacje zorganizuje sobie jakąś większą trasę na zachód z namiotem.
Pojawiały się różne plany. Na początku myślałem by pojechać na wyspy i objechać trochę Wielką Brytanie, jednak koszty z tym związane trochę przerosły by mnie. Później zdecydowałem się na Paryż, co było już w zakresie mojego budżetu, jednak na tym etapie doszła kwestia długości urlopu. Miałem go trochę ponad 2 tygodnie więc trzeba było jeszcze trochę skrócić trasę. Ostatecznie poprzestałem na planowaniu trasy Szczecin – Antwerpia.

Pozostała dalej kwestia kupna roweru. Wiedziałem, że najlepiej kupić rower trekkingowy na taką wyprawę, ale żadnej więcej wiedzy nie posiadałem. Zdecydowałem się kupić na allegro jakiś używany rower by przetestować moje możliwości na długie dystanse oraz by na ulicy nie świecił nowością jak bym musiał go gdzieś zostawić.
Rower przyszedł w okresie nowego roku więc miałem jeszcze 6 miesięcy by trochę potrenować do wyjazdu, zorganizować sprzęt, zaplanować szczegółową trasę oraz przemyśleć noclegi.
Jak na pierwszy raz postawiłem sobie wysoko poprzeczkę. Trasa jaką chciałem pokonać miała mieć około 2000 km w czasie 18 dni. Średnio wypadało 110 km na dzień gdybym jechał bez przerw.
Noclegi zaplanowałem sobie tak by przez całe Niemcy nocować w namiocie, a Holandię i Belgię u znajomych, na Couchsurfing’u bądź w hostelach.

Przez 6 miesięcy zacząłem trenować, więcej biegać i spędzać czas aktywniej niż do tej pory. Dużo czasu poświęcałem na przeglądaniu internetowych filmów z poradami i naprawą roweru. Trasę musiałem dobrze zaplanować, by nie jechać cały czas po lesie czy też bardzo ruchliwymi drogami. Aż przyszedł dzień wyjazdu.

 

Konkretnie 22.05.2014 roku z samego rana ruszyłem z dwoma znajomymi do Löcknitz oddalonego 25 km od Szczecina. Krzysztof i Andrzej planowali spędzić weekend nad morzem i postanowili przejechać się kawałem ze mną.

 

Całą trasę (bez krótkiego wstępu) przyszło mi przemierzyć samemu, trochę polnymi, trochę głównymi drogami. A mój cały odcinek na ten dzień miał mieć 175 km, a co za tym szło praktycznie non-stop pedałowania z paroma przerwami tamtego dnia i z odpowiednim czasem na sen.

 

Jeszcze pierwszego dnia w momencie, kiedy wjeżdżałem do Waren (Müritz) złapałem gumę przy której spędziłem godzinę by się z nią uporać. Był to w gruncie rzeczy pierwszy mój test polowy. I przy zmęczeniu sięgającego zenitu naprawa popsuła mi nieźle krwi. Aż głupio się przyznać, ale nawet pojawiały się pierwsze wątpliwości czy dam radę pojechać dalej. Tempa najlepszego do tej pory tonie miałem, a kiedy wyjechałem z miasta z naprawioną dętką robiło się już szarawo. Niefortunnie po 10 kilometrach okazało się, że odwaliłem fuszerkę przy łataniu i trzeba było zrobić wszystko od początku. Szczerze powiedziawszy miałem już dość i chciałem się poddać tego dnia, a następnego wracać z powrotem.
Rozstawiłem namiot gdzieś nad jeziorem, a następnie zabrałem się do naprawy dętki raz jeszcze. Rano jak bym się obudził miałbym pewność czy nie zeszło powietrze przez nocy.

Poszczęściło mi się i następnego dnia miałem sprawne koło. Pełen teraz dobrych nadziei postanowiłem, że nie ma co się poddawać – jadę dalej. Podróż na pewno była by łatwiejsza jeśli bym jechał z kimś kto by mnie przez cały ten czas dopingował, ale miałem tylko siebie i na swojej silnej woli musiałem polegać.
Poprzedniego dnia zabrakło mi 20 km by wyrobić moją normę. Więc tego planowałem nadrobić stratę i pokonać 195 km.
Po drodze miałem dość ciężki podjazd w mieście Lauenburg w rejonach rzeki Łabą, ale innych większy problemów do tej pory to nie napotkałem.

Ostatecznie noc spędziłem pod Lüneburg’iem i byłem z siebie bardziej niż zadowolony, bo nie dość, że udało mi się przejechać bez przeszkód to jeszcze nadrobiłem stracone kilometry.

Następnego dnia z samego rana wypoczęty ruszyłem w stronę Bremy. Po drodze okazało się, że źle skonfigurowałem GPS’a i chcąc nie chcąc trasa się urwała, a ja pojechałem trochę okrężną drogą. Przez pewien czas kierowałem się wyłącznie znakami i udało się nie narobić za dużo dodatkowych kilometrów nim wrociłem na trasę.
Do Bremen dojechałem koło godziny 15. Miasto było większe niż przypuszczałem i sam przejazd przez nie okazało się tułaczką bo straciłem ponad godzinę stojąc na światłach czy w korkach.
Na szczęście dalsza trasa była już bardzo wygodna i łatwa, prowadzona cały czas ścieżką rowerową. A jak tylko wyjechałem za Oldenburg znalazłem jakiegoś miejsca do rozbicia namiotu. Łatwo nie było, wszędzie dookoła zabudowane aglomeracje lub prywatne działki. Jednak po pewnym czasie znalazłem park na obrzeżach w którym ostatecznie rozbiłem namiot na środku ścieżki licząc, że nikt o tej porze już nie będzie przechodzić, a nad ranem szybko się zwinę nim ktokolwiek mnie dostrzeże.
A jednak. Z samego rana obudziło mnie głośny tupot ciężkich łap bądź kopyt, sam nie byłem pewny, bo zostałem w sumie wybudzony z sennego letargu. W każdym bądź razie mogłem tylko zakładać, że ktoś akurat przechodził obok mnie z dużym psem albo był to koń. Szybko się zwinąłem i ruszyłem w dalszą drogę, chociaż była dopiero 6 rano i niedziela.

Do samej Holandii prowadziła mnie ścieżka rowerowa, a trasa była naprawdę przyjemna. Granicę przekroczyłem w holenderskiej wsi Bourtange, w której znajdowała się ta twierdza gwiazda zbudowana podczas wojny osiemdziesięcioletniej (XVI-XVII w.) w celu kontroli jedynej drogi pomiędzy Niemcami a Groningen.
Mnie się jeszcze udało w tamtym czasie trafić na trwający w twierdzy festyn.

Ostatnie 100 km trasy do moich znajomych w Drachten pokonałem bardzo szybko i koło 16 byłem już na miejscu.

Holandia zaskoczyła mnie wspaniale rozbudowaną siecią ścieżek rowerowych. Praktycznie przy każdej drodze głównej towarzyszyła owa ścieżka. Kraj ten również idealnie nadawał się dla roweru ze względu na płaskie ukształtowanie terenu, dzięki czemu nie męczyłem się ciągłymi podjazdami pod górkę.

W Drachten, przyjęli mnie bliscy znajomi jeszcze z czasów jak mieszkali w Polsce. Zostałem przyjęty ze szczerą serdecznością, za co jestem im do dzisiaj bardzo wdzięczny. Odczekałem tam dwa dni nim ruszyłem dalej. W między czasie miałem chwilę na zregenerowanie sił i kolan, zrobienie prania, przepakowanie sakw czy danie trochę luzu dla mojego niemiłosiernie obolałego tyłka. Nie ukryję że też mogłem się najeść do syta przez ten czas.

Z Drachten ruszyłem do Amsterdamu. Drogą prowadzącą przez tamę Afsluitdijk. Odcinek 30 kilometrowy dzielący oba półwyspy, udało mi się pokonać w godzinę. W dużej mierze z pomocą wiatru idealnie napędzającego mnie. Niestety po drugiej stronie tamy czkała na mnie nie mała ulewa. Zaczęło padać w połowie drogi i nie planowało przestać, więc dobre 3 godziny jechałem w silnym deszczu. Gdy wjeżdżałem do Amsterdamu byłem już cały przemoknięty. Na szczęście w hostelu udało mi się wysuszyć wszystkie ubrania. Wieczorem deszcz ustał, a ja mogłem wyjść i powłóczyć się ciasnymi uliczkami stolicy.

 

Kolejny dzień przeznaczyłem na zwiedzaniu Amsterdamu. Zacząłem od Rijksmuseum w którym spędziłem dobre 3 godziny. W muzeum można było podziwiać m.in. słynne obrazy Rembrandta, oraz 5 tysięcy innych dzieł różnych artystów.

Miasto zwiedziłem pieszo mijając po drodze Oude Kerk, plac Dam, dzielnice Jordaan, dzielnica Czerwonych Latarni i wiele innych. Życie jednak zaczynało budzić się dopiero wieczorem i mogłem dostrzec w tedy jak ludzie żywo wychodzili na ulicę się bawić.

 

Wyjeżdżając następnego dnia byłem lekko przemęczony ale i zadowolony iż opuszczaniem stolice. Miałem już dość tego zgiełku dużego miasta i chciałem w tedy więcej przestrzeni.

Kolejny nocleg zaplanowałem w Hadze z drogą prowadzącą wzdłuż nabrzeża morza Północnego.

 

Sama Haga w porównaniu do stolicy wydała mi się mała i pusta. Pozwoliło mi za to trochę się odprężyć się na koniec dnia spacerując plażą.

 

Następnie przemierzyłem odcinek Haga – Antwerpia. Czyli cel mojej podróży. A zakwaterować miałem się u polek: Marii i Doroty, które zaoferowały mi nocleg poprzez Couchsurfing’u na kolejne dwie noce nim zacznę wracać do Polski. Dziewczyny trochę oprowadziły mnie po mieście i opowiedziały o nim.

 

W drugą noc w Antwerpii miałem przyjemność uczestniczyć jeszcze w imprezie u dziewczyn w mieszkaniu, a po 4 godzinnym śnie ruszyłem w podróż powrotną.

 

Przez dobre 1000 km trafiła mi się tylko jedna guma, ale przypuszczałem że moja passa prędzej czy później się skończy. I tak też się stało właśnie pierwszego dnia kiedy wracałem. Na szczęście udało mi się w miarę sprawnie i szybko naprawić koło. Druga połowa dnia jednak była dla mnie mniej przyjemna. Koło 16 zerwał się bardzo silny wiatr i nie miłosiernie mnie spowalniał, na domiar złego przyszedł również i deszcz.

Wieczorem dojechałem do Utrecht, a kolejnego dnia byłem raz jeszcze w Drachten.

Wyjeżdżałem z Drachten po dwu dniowej przerwie. Tamtego ranka było słonecznie, w przeciwieństwie do ostatnich paru dni. Jednak prognozy zapowiadały kolejne załamanie pogody. Ważne było więc dla mnie bym jak najszybciej wyjechał i zrobił jak najwięcej kilometrów nim się gdzieś ukryje przed kolejnym deszczem. Niestety po 30 kilometrach złapałem gumę, uporałem się z nią na szczęście sprawnie. Jednak po przejechaniu kolejnych 10, dętka nadawała się na śmieci. Z łatek które załatałem w ostatnim czasie powstała wielka wyrwa, której nie dało się naprawić. W tym czasie na niebie zaczęły się pokazywać pierwsze czarne chmury, a pośpiech w tym momencie nie był wskazany.

Koło naprawiłem, deszcz jednak w między czasie tylko pokropił.

Tamtego dnia znów znalazłem się w twierdzy Bourtange, jednak tym razem nie było tak wielu zwiedzających.

 

Za granicą holenderską dostałem telefon, że w tym samym czasie w Polsce jest ulewa. Liczyłem jednak, że mnie deszcz ominie. Niestety to nic nie dało. Na niebie zaczynały się pokazywać z czasem wielkie chmury, dookoła robiło się czarno, a ja na domiar złego złapałem kolejną gumę w tym dniu. Szybka naprawa nic nie pomogła, bo odwaliłem fuszerkę. Pośpiech był spowodowany tym, że lada moment spadnie silny deszcz i trzeba będzie się gdzieś schować by przeczekać ten czas.
Ruszyłem więc na flaku, gdziekolwiek. A kiedy znalazłem miejcie gdzie mogłem przeczekać byłem już lekko przemoczony. Znajdowałem się w tedy w starej opuszczonej oborze. Mogłem poczuć po lekkim odorze gdzie się znajdowałem, jednak na szczęście była pusta, a smród był znośny. Chwilę później przekonałem się, że za tą oborą znajdowało się wciąż funkcjonujące gospodarstwo domowe, więc chciałem jak najszybciej się stamtąd zabrać. Deszcze mi jednak na to nie pozwalał. Na szczęście nikt nie przychodził sprawdzić tego pustego przybytku.
Zdjąłem sakwy, wilgotne rzeczy rozwiesiłem gdzie się dało. Szybko założyłem na siebie ciepłe ciuchy by nie rozchorować się. Byłem na siebie lekko zły i chodziłem poddenerwowany faktem złej passy tego dnia z dętkami. Na dodatek zapowiadało się, że nie dojadę tego dnia do wyznaczonego miejsca. Obawiałem się również, że będę zmuszony pozostać w tym miejscu na noc, wiedząc, że paręnaście metrów stamtąd działało gospodarstwo. Przez brudne okno mogłem dostrzec drzwi frontowe i co jakiś czas ruch w okolicy.
Rower naprawiłem po godzinie, ale deszcz wcale nie przestawał grać swojej melodii. Nie było późno, może godzina 16, ale zdecydowałem rozstawić swój namiot w oborze. Chyba nawet nie zdałem sobie sprawę, ale ległem i zasnąłem od razu. Obudziłem się parę godzin później, na dworze już kropiło, ale ciemnych chmur nadal było wiele.
Doszedłem do wniosku, że jednak tym razem dam sobie trochę luzu i pozostanę w tej oborze na noc. Resztę wieczora spędziłem na czytaniu i od czasu do czasu zerkałem czy nikt się nie kręcił w pobliżu obory.

Zapadłem w głęboki sen, jednak koło godziny 3 w nocy obudziło mnie straszne miauczenie dochodzące z póki znajdującej się nade mną. Zdałem sobie sprawę, że był to mały kotek, nawołujący swoją matkę. Sierściuch był na tyle irytujący, że miauczał niemiłosiernie przez resztę nocy. W pewnym momencie, w pół śnie, usłyszałem jak kotek spadł z 2 metrowej półki. Jak ręką odjął miauczenie ucichło. Przez chwilę pomyślałem ze coś mu się stało. Myliłem się po minucie znów zaczął ujadać jak poprzednio. Jak otworzyłem namiot widziałem tylko jak chował się w jakiś kąt by się skryć.

Skoro świt ruszyłem w dalszą drogę.

Podczas reszty odcinka do domu trafiły mi się jeszcze dwie gumy z którymi poradziłem sobie sprawnie. Aczkolwiek ostatniego dnia powietrze schodziło mi z koła po 20 kilometrach, a ja nie potrafiłem zlokalizować miejsca przetarcia dętki. W między czasie spałem w namiocie za jakąś farmą i na placu zabaw.

Do tego miałem przedziwne Déjà vu. Mianowicie kiedy wjechałem do małego miasteczka Schnackenburg, zdałem sobie sprawę, że ja już kiedyś byłem tam i każdą uliczkę doskonale wiedziałem gdzie prowadzi. Nie miałem niestety wystarczająco dużo czasu by zbadać to miasto ze względu na odpływający ostatni prom, więc po powrocie do domu spytałem się rodziców czy kiedykolwiek miałem sposobność odwiedzić to miejsce. Wszystko wskazywało, że nie. Raczej nigdy nie odwiedzałem z rodziną tamtych rejonów, a i wycieczki szkolne też nie wchodziły w rachubę. Do tej pory nie wiem skąd wiedza o tym mieście się pojawiła, ale liczę, że jeszcze kiedyś odwiedzę Schnackenburg by to sprawdzić.

 

Ostatniego dnia wyprawy bylem morderczo wykończony, teren robił się coraz bardziej podjazdowy i zjazdowy. Na szczęście umówiłem się z ojcem że gdy będę w połowie mojej trasy – ten po mnie przyjedzie. Okazało się trochę lepiej niż się spodziewałem, ojciec wyjechał po mnie parę godzin po świcie i zrobił mi przysługę odbierając mnie z miejscowości Mirow, 130 kilometrów od domu.
Od razu zasnąłem w samochodzie, a obudziłem się dopiero przy granicy Polsko-Niemieckiej.

Ostatecznie udało mi się zrobić 1971 kilometrów rowerem w 18 dni na trasie Szczecin-Antwerpia-Szczecin i jak dotąd była to najdłuższa solowa trasa jaką kiedykolwiek pokonałem.

Ale było warto!