Moja przygoda, a później i pasja z podróżowaniem zaczęła się chyba właśnie tutaj, czyli od podróży do norweskich fiordów. Wraz z moim przyjacielem Konradem spontanicznie zarezerwowaliśmy sobie tanie loty do Stavanger, by powłóczyć się norweskimi szlakami. Każdy z nas był zupełnie zielony w przygotowaniu się na taką wyprawę. W gruncie rzeczy poszliśmy na żywioł, bo nie posiadaliśmy żadnych map, przewodników czy nawet doświadczenia w tej dziecinie. Na szczęście wyprawa nie była wymagająca aczkolwiek nie raz dała nam w kość.

Cel był prosty, zrobić kilkudniowy trekking, spać pod namiotem i pojeździć trochę stopem. A wszystko to zrobić tak by wyszło nas jak najtaniej.

Dzień 1.
Po wylądowaniu już w Norwegii ruszyliśmy pieszo na wschód, według darmowej broszury uzyskanej na lotnisku, wydawało nam się, że mamy do pokonania mały dystans do Sandnes, mieściny leżącej pod Stavanger, skąd liczyliśmy na szybkiego stopa. Za Sandnes mieliśmy ustawić się na skrzyżowaniu prowadzącej na fiordy by dojechać w tamtym kierunku jak najbliżej jakąkolwiek okazją. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że mamy jednak trochę więcej kilometrów do przejścia niż nam się wydawało. I z zapowiadającej się szybkiej przechadzki zrobił się trekking przez miejską dżunglę.

 

Dzień był bardzo ciepły i słoneczny jak na wrześniową porę roku. Jednak w gruncie rzeczy straciliśmy połowę dnia na wydostaniu się z miasta, na szczęście na stopa czekaliśmy tylko 30 minut.

 

Podwiózł nas Norweg do Høle, gdzie w okolicy tego miasteczka znaleźliśmy sobie polane na której rozbiliśmy namiot na noc.

 

Dzień 2.
Koło godziny 7 rano obudził nas dość głośny ruch zaraz obok naszego namiotu. Pierwsza myśl jaka się pojawiła, to że właściciel terenu chce nam dać grzecznie do zrozumienia ze mamy sobie już iść. Żaden z nas nie miał ochoty skonfrontować się tym kimś jednak. Chcieliśmy przeczekać, może owy osobnik sobie pójdzie. Po chwili rozwiała się cała wątpliwość, gdyż usłyszeliśmy donośne beczenie, pod naszym namiotem. Najwyraźniej owce chciały się z nami w taki sposób przywitać z samego rana. Gdy tylko otworzyłem namiot owce szybko spierzchły i naszych budzicieli już nie spotkaliśmy.

 

Po śniadaniu spakowaliśmy się i ruszyliśmy łapać kolejnego stopa do Frafjord. Udało nam się dojechać do tego miasta w dwóch turach, chociaż w gruncie rzeczy z tym samym kierowcą. Starszy Norweg, który chyba był kurierem, gdyż wpierw zabrał nas przez połowę trasy, ale, że nie potrafił nam powiedzieć po angielsku byśmy na niego poczekali, to 10 minut później znów nas zabierał z drogi jak próbowaliśmy złapać okazję. Tym razem zawiózł nas prawie do celu.

 

Od miejsca, gdzie zacząć trekking, byliśmy jakieś 10 km. Zdawaliśmy sobie sprawę, że na tej trasie nikt raczej nie jeździ za często, więc ruszyliśmy pieszo. Część trasy pokonaliśmy idąc tunelem…

 

…a część z widokiem na piękne krajobrazy.

 

Po dłuższym spacerze weszliśmy na teren rezerwatu, do tej pory mieliśmy asfalt od nogami, ale teraz to miało się zmienić. Na sam początek zaskoczyło nas ostre podejście kamiennymi schodami na szczyt wodospadu Monafossen, trochę dało nam w kość.

 

Dalej prowadził już wydeptany szlak. Raz po raz pokonywaliśmy jakiś głaz, aż dotarliśmy do chatki w Mån.

 

Chatka miała służyć na chwilowy odpoczynek dla turystów, ale my grzecznie zapytaliśmy woźnego czy nie było by problemu tu przenocować.

Rozpaliliśmy tylko w kominku i położyliśmy się spać na twardych drewnianych ławkach.

Dzień 3.
Z rana zostawiamy po sobie porządek, po czym ruszamy dalszym szlakiem. Z czasem zaczął kropić deszcz. Na dodatek po godzinie straciliśmy szlak z oczu i zaczęliśmy wędrować po bardzo nieprzyjemnych skałach. Byliśmy nad jeziorem, ale szlak wiódł przeciwnym brzegiem. Pozostało nam wyjście by pójść dalej i znaleźć drogę na szlak.

 

Doszliśmy do momentu, gdzie zatrzymał nas mały strumień, a przed nami droga kończyła się urwiskiem. Wszystko wskazywało na to, że trzeba będzie zanurzyć nogi. Z nieba wciąż siąpił deszcz, a my jeszcze zdejmowaliśmy buty i po kolana weszliśmy do wody. Mieliśmy szczęście, że do przekroczenia mamy tylko 10 metrów, bo prąd strumienia i śliskie kamienie kilkakrotnie mogły nas przewrócić.

Okazało się, że po chwili znaleźliśmy się z powrotem nasz szlaku i od tamtego momentu nie spuszczaliśmy go już z oczu.

Chyba chwilę później zaczął się nasz pierwszy konflikt z Konradem. Kondycyjnie byłem lepiej przygotowany do tej wyprawy, więc cały czas zostawiam Konrada z tyłu. Niestety nie byłem w tedy dla niego wyrozumiały i to poskutkowało do rozdzielenia się. Ustaliliśmy, że spotkamy się przy najbliższym rozdrożu gdzie szlaki się ścinają. Myślałem, że w jesteśmy niedaleko owego punktu, jednak jak się okazało, rozdzieliliśmy się chyba na 4 lub 5 godzin.

 

Znalazłem suche miejsce gdzie mogłem chwilę posiedzieć i poczekać na Konrada. Miałem też dobry widok na okolicę by sprawdzić czy nikt się za jakiegoś pagórka nie wyłania. Po odczekaniu może 45 minut ruszyłem by sprawdzić co się dzieje z moim kompanem. Zostawiłem swoje rzeczy i ruszyłem w stronę powrotną. Po 20 minutach zauważyłem postać schodzącą ze wzgórza, tą osobą na szczęście był Konrad. Obaj byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni, wiedząc, że wszystko z nami w porządku. Od tamtego momentu powiedziałem sobie, że będę musiał popracować nad swoją cierpliwością i wyrozumiałością.

Swoje rzeczy odebrałem z miejsca gdzie je zostawiłem, ale do chatki noclegowej (hytte) mieliśmy jeszcze z jakąś godzinie drogi. Na dodatek robiło się ciemno, a my byliśmy zmęczeni i zmarznięci. Przedstawiłem sytuację Konradowi, że pójdę do chatki i rozpalę w kominku, a on niech swoim tempem dojdzie, najwyżej po niego wyjdę.

 

Hytte są górskimi chatkami porozrzucanymi w Norwegi, dostępne przez większą porę roku dla turystów by mogli spędzić noc. Owe chatki posiadają kilkanaście łóżek tak by móc pomieścić nawet 20 osób, często z dostępem do kominka oraz suchego drewna czasem nawet z kuchenką gazową.

 

Rozpalenie ognia w kominku nie zajęło mi dużo czasu, ale Konrad w gruncie rzeczy przybył chwilę po mnie. Nasza chatka była ustawiona na wzgórzu i górowała nad doliną skąd mieliśmy przepiękny widok na okolicę.

 

Dzień 4
Rano powitała nas słoneczna pogoda, a my wypoczęliśmy. Zaraz po śniadaniu ruszamy szlakiem w stronę Kjerag.

 

Większość czasu szliśmy po grząskiej dolinie otoczeni przez dwa pasma gór. Tak samo jak dnia poprzedniego teraz też cały czas towarzyszyły nam tylko owce, z jednym wyjątkiem, bo na drodze spotkaliśmy pierwszych turystów z którymi się minęliśmy.

 

Odcinek okazuje się dużo krótszy niż zakładaliśmy i po paru godzinach dotarliśmy do kolejnego hytte. Idealnie miejsce by zrobić sobie przerwę na posiłek, trochę się ogrzać i ruszyć dalej. Jednak komfort odpoczynku przekonał nas ostatecznie byśmy zrobili sobie resztę dnia wolnego.

 

Tej nocy dołączyło do nas kilku norwegów, więc nie spaliśmy sami.

Dzień 5.
Chcieliśmy ruszyć naprawdę wcześnie rano jednak zdemobilizował nas za oknem bardzo gęsta mgła. Zupełnie nic nie było widać na odległość 10 metrów. Na szczęście po godzinie 8 przeszła. Złożyło się z czasem, że w momencie gdy skończyliśmy śniadanie.

Na zewnątrz okazało się, że jest dużo chłodniej niż dnia poprzedniego, ale nie rezygnujemy tylko parliśmy dalej. Im wyżej wchodzimy tym bardziej wiało.

 

Po dobrych paru godzinach na skalnych półkach w oddali zobaczyliśmy masę turystów wędrujących w stronę Kjerag. Cały wizerunek otoczenia zupełnie się przez to zmienił, gdyż z cichej i spokojnej wędrówki zaczęło się robić się głośno i tłoczno.

Przy Kjerag kolejka ludzi chcących sobie zrobić zdjęcie na kamieniu nad przepaścią. Każdy z nas również odczekuje swoje by “zaliczyć atrakcję”.

 

Po obowiązkowym zrobieniu sobie zdjęcia ruszyliśmy teraz tłocznym szklakiem w stronę Lysebotn. Przed nami było jeszcze kilka ostrych zejść i podejść nim dotarliśmy na drogę asfaltową.

 

Na końcu szlaku znajdujemy restaurację w której Konrad zamówił kawę, ja w tym czasie zająłem stolik. W portfelu miał tylko euro, czego kasjer jednak nie mógł przyjąć, na szczęście z odsieczą przyszli Szkoci, którzy dobrowolnie płacą za napój. Okazało się, że nie wszyscy Szkoci to skąpcy.

Po przerwie w restauracji czekała nasz kręta droga w dół do miasta mająca może 5 kilometrów. Gdzieś w połowie trasy zatrzymał się samochód i podwiózł nas na miejsce. W między czasie cały czas padało, a ja z Konradem zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca jakiegoś miejsca by nie zmoknąć. Skryliśmy się pod wiatą miejscowego kościoła, Konrad jeszcze tylko sprawdził czy nikogo w środku nie było po czym rozsiedliśmy się i czekaliśmy aż przestanie padać.

Po dwóch godzinach padało dalej, więc zabieramy swoje graty i ruszamy rozbić namiot na polu namiotowym znajdującym się w okolicy. Skorzystaliśmy jeszcze z pobliskiego ogniska by się ogrzać i resztę nocy spędziliśmy w namiocie, często odczuwając dyskomfort przeciekającym namiotem.

Dzień 6
Noc okazała się dla nas strasznie zimna, a nad ranem deszcz jeszcze bardziej przybrał na sile i padało już dość poważnie. Zdecydowaliśmy, że wrócimy promem ze względu na prognozy, które mówiły, że pogoda ma się popsuć na najbliższe parę dni. Przy porcie była poczekalnia w której siedzieliśmy w oczekiwaniu na nasz prom.

 

Podróż promem trwał może godzinę gdy dotarliśmy do Lauvvik. Tam natomiast rozpadało się na dobre.

Od lotniska byliśmy jakieś 40 km, aby dostać się na miejsce jeszcze tego dnia musielibyśmy mieć duże szczęście. I tak kroczyliśmy główną drogą w deszczu, trochę zrezygnowani pogodą Od niechcenia wystawiłem rękę by złapać stopa. I dosłownie pierwszy samochód, który jechał, zatrzymał się. BMW wyglądało jak by wyjechało dopiero co z salonu, kierowca okazuje się Pakistańczykiem który zaoferował nam transport do Sandnes, z czego bardzo się cieszyliśmy. Całą drogę bardzo przyjemnie się nam rozmawiało, a że nasz kierowca zauważył, że jesteśmy trochę zmarznięci postanowił, że zrobi dla nas jeszcze parę kilometrów i zawiózł nas na samo lotnisko. Aż tak szczęścia obrotu spraw nie zakładałem.

Na lotnisku wysuszyliśmy wszystkie nasze mokre rzeczy na lotniskowych kaloryferach i zdecydowaliśmy, że jeszcze dnia następnego obejrzymy samo Stavanger.

 

Dzień 7
Dopiero koło 12 wyszliśmy z lotniska i idziemy w stronę miasta. I znów okazało się, że musimy pokonać nie mały odcinek nim znajdziemy się w Stavagner.
Po drodze minęliśmy Sverd i fjell, 3 duże miecze stojące na nadbrzeżu.

 

Następnie zahaczyliśmy o market by sobie coś kupić. Pamiętam, że nigdy tak bardzo nie smakował nam suchy chleb, który sobie zafundowaliśmy.
Centrum miasta natomiast obeszliśmy w godzinę.

 

Po czym prawie tą samą drogą wróciliśmy na lotnisko. Na lotnisku rozłożyliśmy się w tym samym miejscu jak poprzedniego wieczora, by nad ranem złapać samolot do Szczecina.