Highway 101 to nie droga to stan umysłu! cz. 4


Przed nami pozostały już tylko ostatnie 4 dni jazdy nim mieliśmy osiągnąć nasz cel – San Francisco. Z Fort Bragg w stanie Kalifornia ruszyliśmy na południe drogą numer 1, która wiodła nas cały czas wzdłuż Pacyfiku. W stosunku do drogi numer 101, która przez blisko 3 tygodnie wskazywała nam kierunek, była do rzadziej uczęszczana trasa przez samochody, ale za to dłuższa z wieloma podjazdami i zjazdami.

Na naszej trasie nie często mijaliśmy innych rowerzystów z sakwami, którzy również zimą przemierzali trasę wzdłuż zachodniego wybrzeża. Częściej jednak byliśmy zaczepiani przez podróżnych jadących samochodami, którzy sami mówili, że i oni pokonali taką trasę latem.

Jednego dnia trafiliśmy na dwójkę rowerzystów na naszej drodze. Owymi rowerzystami okazała się para z Kanady, która ruszyła kilka miesięcy wcześniej z Calgary w Albercie i ma przed sobą jeszcze długą drogę do przebycia jadąc na południe, bo nie planuje zakończyć swojej trasy na Meksyku. Kiedy odpoczywali od pedałowania szukali jakieś tymczasowej pracy na farmie albo w polu, w zamian za posiłek, nocleg i parę groszy w ramach projektu Work&Travel.



Za Fort Bragg trafiliśmy do małej mieściny, gdzie to raz kolejny na trasie musieliśmy improwizować by znaleźć jakiś dach nad głową by nie spędzić nocy w namiocie. Z pomocą przyszła nam szkoła podstawowa w Point Arena. Sam osobiście nie wierzyłem, że to właśnie tam uda nam się znaleźć miejsce na nocleg, ze względu na dość rygorystyczne środki bezpieczeństwa szkół w USA. Wielokrotnie się słyszy o strzelaninach czy innych drastycznych wypadkach w amerykańskich szkołach. Kiedy okazało się, że istnieje dla nas nadzieja na nocleg w szkolnej bibliotece nie mogłem uwierzyć, że chcą nagiąć dla naszej piątki rowerzystów z Polski pewne zasady bezpieczeństwa.


Nad ranem, wraz z pierwszym dzwonkiem lekcyjnym ruszyliśmy w nasza drogę. Dzień okazał się trudniejszy niż przypuszczaliśmy. Począwszy od nie trafnej prognozy pogody przez trudny teren, kończąc na mało przyjaznym miejscu na nocleg. Tego dnia prognoza pogody w żaden sposób się nie sprawdzała z zapowiadaną. Trasa która nas miała prowadzić do celu okazała się dość ruchliwa i stroma. Mgła która pojawiła się pod koniec dnia mocno utrudniała nam widoczność. Na dodatek miasteczko w którym liczyliśmy na znalezienie jakiegokolwiek miejsca na nocleg niewiele miało do zaoferowania prócz stacji benzynowej i restauracji. Kiedy chcieliśmy szukać pomocy w okolicznej szkole, okazało się, że budynek od kilku lat jest ruiną. Zapadnięte schody, wyważone drzwi, dziurawy dach rozmyło nasze nadzieje na nocleg w tym miejscu.
Deszcz w dalszym ciągu nie dawał nam spokoju. Wszyscy byliśmy zmarznięci i przemoczeni. Ledwo udało się nam rozstawić namioty, ale z takim deszczem namioty prawie na pewno by nam przemokły. Dziewczyny postanowiły poszukać w restauracji suszarkę na nasze przemoczone ubrania. Właściciel okazał się niesamowicie wyrozumiały, nie dość, że nasze ubrania mogły przeschnąć to jeszcze zaproszono nas byśmy dołączyli do kolacji bożonarodzeniowej, którą właśnie odbywała się dla pracowników jego firmy. Wszystkie oczy zwróciły się na nas kiedy pojawiliśmy się w budynku cali mokrzy. Właściciel jednak zabrał nas od razu do kuchni gdzie dał nam ciepły posiłek po czym zaprosił nas do głównej sali i poczęstował piwem oraz winem. Kiedy napełniliśmy nasze żołądki i ogrzaliśmy się przyszedł moment by opowiedzieć wszystkim dlaczego tu się znaleźliśmy. Najwyraźniej alkohol i nasza opowieść zrobiła na wszystkich dobre wrażenie. Widząc, że wszyscy mają dobre humory postanowiliśmy delikatnie podpytać się o jakieś suche miejsce na nocleg. Z początku nawet pokazano nam obiecujące miejsce na namiotu gdzie bylibyśmy zasłonięci od deszczu. Po chwili ktoś zasugerował, że może nam znaleźć miejsce w swoim garażu czy piwnicy. Powoli zaczęły rodzić się kolejne pomysły do momentu kiedy to po raz kolejny z pomocą wyszedł do nas właściciel restauracji. Tym razem zaproponował nam byśmy spędzili tą noc w jednym z jego domków letniskowych, które wynajmuje gościa w wakacje. Owy właściciel sam kiedyś był podróżnikiem meksykańskiego pochodzenia. Wielokrotnie podróżował autostopem i również miał mnóstwo historii do opowiedzenia. Z czasem stał się jednak prawnikiem a ostatecznie zaczął prowadzić tą restaurację w której właśnie się znajdowaliśmy. To właśnie dzięki jego dobroci tej nocy udało nam się nie tylko najeść, napić i wysuszyć ubrania, ale jeszcze spać w wygodnych łóżkach. Szczerze powiedziawszy ten dzień był dla mnie najtrudniejszy na naszej trasie i gdyby nie taki przebieg wydarzeń, kto wie, może był po dotarciu do San Francisco dał sobie spokój z dalszą podróż.


Przez kolejne dwa dni pogoda nie była już tak dokuczliwa. San Francisco było już na wyciągnięcie ręki, a wraz z nim nasza linia mety i błogi odpoczynek na który wszyscy razem zasługiwaliśmy.



San Francisco powitało nas swoim słynnym mostem Golden Bridge na którym zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i poinformowaliśmy sztab Bike Jamboree, że dojechaliśmy do celu. Obowiązkowo podziękowaliśmy również wszystkim ludziom którzy pomogli nam na trasie przez ostatnie 4 tygodnie. Przejechaliśmy blisko 2000 km, a do tego suma podjazdów była niemal równa wysokości dwóch gór Mount Everest. Euforia sięgała zenitu. Teraz wystarczyło tylko dojechać do rodziny która zaoferowała się nas przyjąć gdzie mogliśmy odpocząć. Pozostało nam już tylko wyczyścić rowery, przekazać pałeczkę oraz sprzęt kolejnemu etapowi.




U naszych gospodarzy spędziliśmy kilka dobrych dni. Ich gościnność była nieoceniona. Lisa wraz z rodziną często przechodziła samą siebie byśmy czuli się jak w domu. Zabierała nas do kościoła na wspólne kolędowanie. Pomagali nam w przygotowaniu rowerów do dalszej drogi. Oraz najważniejsze, spędzili z nami święta Bożego Narodzenia byśmy z dala od domu nie czuli się samotni. To było niesamowite ile wysiłku włożyli byśmy wszyscy razem mogli przeżyć ten magiczny czas.



Z etapem 22, który to miał odziedziczyć po nas sprzęt spotykamy się dwukrotnie. Pierwszy raz na Darze Młodzieży, który akurat przypłynął do portu w San Francisco w ramach promowania w Polsce 100 lat niepodległości. Za drugim razem widzieliśmy się z nimi składając życzenia wszystkim fanom i bliskim Bike Jamboree. Również był to moment przekazania pałeczki i sprzętu. Notabene, etap 22 jest też etapem w którym i ja startuję, ale o tym będzie już inna historia.


Po świętach każdy z uczestników 21 etapu się rozdzielił. Olga jeszcze przed kolacją bożonarodzeniową wróciła do swojej rodziny w Vancouver. Łukasz wrócił do Polski, kończąc tym samym przygodę, po czym po miesiącu wrócił do Toronto w Kanadzie by tam pracować, Karolina z Emilią wynajęły samochód i ruszyły w stronę Wielkiego Kanionu by jeszcze przez chwilę posiedzieć w stanach. Ja dzień po uroczystej kolacji rozpocząłem mój kolejny etap podróży, tym razem już z etapem 22 w której miałem jechać wraz z Asią, Adamem i Jarkiem do Los Angeles.

Tysiące kilometrów, setki mniejszych i większych przygód na drodze, dziesiątki wspaniałych osób na naszej trasie oraz 4 niesamowitych ludzi którzy mi towarzyszyli przez ostatni miesiąc na pewno pozostaną mi w pamięci jako jedna z najciekawszych przygód w moim życiu.
Nie da się ukryć, czasami w grupie bywały lepsze i gorsze momenty, czasami chciało się wszystko rzucić, czasami było można odczuć spięcia między nami. Ale jeśli miałbym okazję pojechać raz jeszcze z nimi w taką podróż bez wahania bym się zgodził. Dzięki takim przygodom człowiek się hartuje i uczy nowych rzeczy. Dlatego przygoda w Bike Jamboree wraz etapem 21 będzie jedną z najciekawszych przygód jaką kiedykolwiek miałem w życiu.

KONIEC