Highway 101 to nie droga to stan umysłu! cz. 2

21 etap Bike Jamboree był już na półmetku. Przejechaliśmy cały stan Waszyngton, braliśmy udział w paradzie świątecznej, odwiedziliśmy Kurta Cobaina, a lada moment mieliśmy przekraczać granicę z kolejnym stanem – Kalifornią. O czym możecie poczytać TUTAJ. Przed nami czekały już tylko dwa tygodnie nim dotrzemy na wigilię do San Francisco.
Nim jednak opuściliśmy Bandon pożegnaliśmy się z pastorem Danem bardzo serdecznie. Pierwsze nasze spotkanie nie było entuzjastycznie przyjęte ale teraz kiedy opuszczaliśmy jego kościół było czuć, że zaimponowaliśmy mu naszymi przygodami. Pastor Dan życzył nam wiele dobrego na naszej trasie i kibicował nam do ostatniego dnia.

Dzień w którym ruszyliśmy z Bandon po naszej jednodniowej przerwie nie był najprzyjemniejszy. Wstrzeliliśmy się w bardzo deszczową pogodę, a jazda w deszczu nigdy nie jest przyjemna. W połowie dnia wszyscy byliśmy przemoknięci do suchej nitki i zmarznięci. Jednak odrobinę ciepła i wytchnienia znaleźliśmy w restauracji. Kelnerka szybko przygotowała nam coś ciepłego do picia, a ktoś inny z obsługi zasugerował, że może nam wysuszyć ubrania. Przez blisko dwie godziny siedzieliśmy w restauracji licząc, że kiedy nasze ubrania przeschną to i deszcz ustanie. Ubrania odzyskaliśmy suche i ciepłe, a deszcz troszeczkę osłabł. Z lekko podbudowanym morale ruszyliśmy dalej do Gold Beach.

Kiedy wieczorem dojeżdżaliśmy do miasta, z ulewy pozostała tylko mżawka. W Gold Beach ugościł nas pastor Mike. Bardzo przyjazny i żartobliwy człowiek. Zostawił nas na noc z górą lodów w lodówce.

Kolejny dzień okazał się bardzo słoneczny. To był dzień w którym przekroczyliśmy granicę między Oregonem a Kalifornią. Tutaj atmosfera była już inna. Wielokrotnie dostawaliśmy od mieszkańców Kalifornii ostrzeżenia byśmy mieli się na baczności i nieustannie pilnowali się nawzajem. I może prócz awantury w sklepie i bezdomnych którzy spali pod drzwiami kościoła nic niepokojącego nas nie spotkało w nowym stanie.






Pierwszy nocleg w Kalifornii mieliśmy umówiony w kościele w Crescen City.

Kolejnego dnia na trasie czekało nas kilka przystanków. Pierwszym było muzeum Trees of Mystery, charakteryzujące się dwoma gigantycznymi posągami, Paul Bunyan oraz Babe the Blue Ox. Muzeum przybliżyło nam trochę kulturę rdzennych Amerykanów.





Następny przystanek zrobiliśmy w Klamath, by uwietrznić naszą podróż pamiątkowym zdjęciem w drzewie, które bez problemu pomieściło piątkę rowerzystów.


A ostatnią atrakcją tego dnia było Prairie Creek Redwood State Park, który jest znany z ogromnych okazów sekwoi.



Z końcem dnia próbowaliśmy znaleźć w małej mieścinie Orick miejsce na nocleg. Tym razem szczęście nam nie dopisało. Okazało się, że jedyny kościół w mieście od dawna nie funkcjonuje i został przerobiony na coś w rodzaju motelu. Remiza strażacka zamknięta, a w miasteczku nie ma żadnych pól kempingowych. Jedyna nadzieja w okolicznej szkole. Jednak nasz pomysł z udostępnieniem nam miejsca na noc nie został ciepło przyjęty. Spotkaliśmy się z negatywnym podejściem ze strony dyrekcji. Jednak ktoś z kadry zasugerował, że nie będzie problemu jeśli rozbijemy się zaraz pod wiatą wejścia do szkoły o ile znikniemy jeszcze przed rozpoczęciem zajęć szkolnych. Z potrzeby znalezienia jakiejkolwiek osłony przed deszczem wciskamy dwa namioty w owy przedsionek z uczuciem ulgi, że nie musimy testować nieszczelnego tropiku przez noc. Kładziemy się spać po raz trzeci podczas tej wyprawy w namiotach, a rano przed świtem ruszamy w drogę.



Na kolejną noc jesteśmy umówieni u Paula, mieszkającego w Eurece. W swoim małym mieszkanku udostępnia nam dwa pokoje, przygotowuje posiłek i częstuje piwem. Paul opowiada nam trochę o swojej pracy gdzie to pracuje na farmie, a konkretnie na farmie marihuany. Kalifornia jest jednym z niewielu stanów w USA gdzie uprawianie marihuany dla celów leczniczych jest legalne, nawet posiadanie niewielkiej ilości tej substancji jest dozwolone. Często na drodze kiedy mijał nas jakiś samochód mogliśmy poczuć charakterystyczny zapach marihuany. Paul stwierdza, że do pracy na farmie często zatrudnia się imigrantów z Meksyku ze względu na niskie koszty wynagrodzenia a wysokie zapotrzebowanie pracowników.

Kolejnego dnia droga wiedzie nas spokojnym szlakiem Avenue of the Giants, która to biegnie obok ruchliwej drogi 101. Najstarsze z drzew w tym parku mają ponad 2000 lat. Niektóre z żywych sekwoi wyrosły w czasach Cesarstwa Rzymskiego.







Z końcem dnia dojeżdżamy do małej miejscowości Garberville, gdzie nocleg planujemy poszukać po lokalnych kościołach. W jeden z kościołów lada moment miała rozpocząć się msza. Niewiele udało nam się wskórać przed ceremonią, ale poproszono nas byśmy wrócili do rozmowy po mszy. Kiedy przychodzi moment ogłoszeń parafialnych słyszymy jak jedna z parafianek pyta się zgromadzonych czy ktoś nie jest w stanie zaopiekować się piątką rowerzystów z Polski. Chwilę później widzimy jak podchodzi do nas i osobiście zaprasza nas na spędzenie nocy u siebie. Jeśli brałoby się pod uwagę wrzucenie dolara na tacę, byłoby to prawdopodobnie jedyny opłacony nocleg na naszej trasie. Po uroczystości zostaliśmy jeszcze zaproszenie na mały poczęstunek do świetlicy, gdzie opowiedzieliśmy o szczegółach naszej podróży.

Średnio co drugi dzień spotykał nas na trasie deszcz. Czasem była to mżawka, a innym razem lało jak z cebra. Po opuszczeniu Garberville trafił się nam ten drugi przypadek przez co jazda nie była przyjemna. Gdy udało się nam jakoś przetrwać ten dzień i dotarliśmy do Leggett, poprosiliśmy o miejsce noclegowe stacjonujących tam strażaków. Strażacy nie mieli problemu ze znalezieniem dla nas w miarę suchego miejsca na rozbicie namiotów. Zasugerowali byśmy wykorzystali ganek jednego z budynków oraz pozwolili nam zrobić ognisko. Z Łukaszem zabraliśmy się za rozpalanie ogniska, jednak mokre drewno wcale nie ułatwiało nam pracy. Dopiero Emila za pomocą swoich harcerskich zdolności wznieciła pierwszy ogień. Strażacy widząc nasze trudną walkę z żywiołem postanowili lekko nam pomóc, sięgnęli po benzynę i zaczęli oblewać mokre drewno by rozpalić ognisko na całego. W ramach podziękowania przygotowaliśmy dla naszych gospodarzy kilka ziemniaków prosto z ogniska.


Od Leggett musieliśmy się już pożegnać z drogą 101, która nam towarzyszyła przez ostatnie 3 tygodnie. Tym razem przyszedł czas by zjechać na drogę numer 1 i ruszyć w do Fort Bragg.




Fort Bragg był ostatnich większym miastem na naszej trasie do San Francisco. Nocleg w tym mieście udaje nam się znaleźć w jednym z kościołów.


Nad ranem przekonujemy się, że pod kościołem nocowali bezdomni, kórych poznaliśmy nad ranem. Olga z zawodu jest lekarzem, a z racji swojego przyjaznego nastawienia zainteresowała się losem owej dwójki ludzi. Okazało się, że kobieta miała infekcję ucha, a dzięki lekom które Olga przywiozła była wstanie pomóc potrzebującej. Nam jako zespołowi lekarz nie był potrzebny, ale umiejętności naszej Pani Doktor pomogły innym.

Chwilę później nie mogliśmy odmówić uczestnictwa w mszy w kościele który nas ugościł. Był to dla nas wolny dzień, więc nigdzie nie musieliśmy się spieszyć. W kościele zaskoczyli nas informacją, że tego dnia będziemy przygotowywać ciasto dla Jezusa, które za tydzień zostanie podane z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Nasze zadanie było proste. Kiedy zostaliśmy wywołani, mieliśmy podejść do ołtarza i wrzucić odpowiednie składniki. Karolinie niestety przypadło rozbicie jajka przez co lekko się później lepiła do wszystkich.

Obowiązkowo po mszy przyszedł czas na poczęstunek i kawę w świetlicy. Co za tym idzie, trzeba było również opowiedzieć naszą historię. Dostaliśmy masę pięknych życzeń na naszej mapie, a najwspanialsze z nich wszystkich były podziękowania dla Olgi za pomoc medyczną od bezdomnej kobiety.

Po mszy udało się nam skomunikować z lokalny Couchsurferem z tego samego miasta w którym nocowaliśmy, co oznaczało, że tym razem nie będziemy musieli spać na ziemi. Budynek gdzie mieliśmy spędzić kolejną noc okazał się hotelem, a właścicielka częściowo mówiła po polsku. Był to pierwszy luksusowy nocleg na naszej trasie. W ramach podziękowania za udostępnione nam miejsce poproszono nas o zrobienie paru drobnych prac. Mnie i Łukaszowi przypadła wymiana dwóch zamków do drzwi. Dziewczyny natomiast skupiły się na zaimpregnowaniu drewnianych ścian jednego pokoju. Za oknem cały dzień padało więc nawet takie drobne czynności na pewno sprawiały więcej przyjemności niż jazda w deszczową pogodę.


Czując, że przed nami pozostała już ostatnia prosta do celu, wieżyliśmy że teraz pójdzie nam niesamowicie łatwo. Jak się okazało czekało nas jeszcze wiele przygód przez kolejny tydzień.