Highway 101 to nie droga to stan umysłu! cz. 2

Pierwszy tydzień jazdy był dla naszej piątki sprawdzianem. Po przejechaniu kilkuset kilometrów drogi wiedzieliśmy kogo na ile stać i jak szybko się porusza. Jazda jeden za drugim nigdy nam nie wychodziła, ale ustaliliśmy, że będziemy starali się trzymać wszyscy w zasięgu wzroku i będziemy robić przerwę co 15 km. Przed nami miał się zacząć kolejny tydzień pełen przygód.

Dzień wolny bardzo szybko zleciał i nim zaczęliśmy się powoli odprężyć trzeba było ruszać dalej na południe. Jednak będąc w Aberdeen nie można było nie odwiedzić pomniku Kurta Cobaina, wokalisty Nirvany, który to urodził się w tym mieście. Miejsce pomnika znajduje przy moście pod którym słynny wokalista często przebywał kiedy chciał odpocząć od ludzi.

Zaraz obok kultowego miejsca znajduje się pewna posiadłość. Właściciele stojącego tam domu byli często nękani odwiedzinami wiernych fanów wokalisty Nirvany. Wystawili więc tablice informującą, że ten dom nie jest żadną atrakcją oraz prosili by odwiedzający nie kradli niczego z ich posesji, bo Kurt Cobain nigdy tam nie mieszkał.

Pogoda na kolejne dni miała zacząć się poprawiać, widzieliśmy więcej słońca niż chmur, jednak poranki i wieczory stawały się coraz to bardziej mroźne. Kolejne noclegi mieliśmy załatwione dzięki poczcie pantoflowej. Jak widać wystarczyło tylko nawiązać parę kontaktów przy ognisku i opowiedzieć naszą historię.




W Naselle ugościło nas starsze małżeństwo. Chcieli nam udostępnić swój wielki samochód kempingowy z wieloma wygodami, ale po krótkiej rozmowie ustaliliśmy, że miękki dywan w pokoju gościnnym nada się jeszcze lepiej jako miejsce do spania. Nasi gospodarze zaczęli od przygotowania dla nas sycącego amerykańskiego posiłku z dużą ilością steków. Następnie przeszli do serwowania różnego rodzaju drinków, a na koniec poprosili byśmy dali wywiad do lokalnej gazety.

Kolejny poranek był bardzo mroźny.


Wszystkie łąki były oszronione do momentu, aż słońce nie wyłoniło się zza drzew. To był ważny dzień dla nas, bo mieliśmy przekroczyć granicę między stanem Waszyngton a Oregonem. Ową granicą była rzeka Kolumbia, a łącznikiem między brzegami był most Astoria-Megler ciągnący się przez ponad 6 km. Most został zbudowany tak, by wytrzymał huraganowe wiatry do 240 km/h i silny prąd rzeczny, na dodatek jest najdłuższym mostem kratownicowym w Ameryce Północnej.



Zdarzały się też takie dni kiedy kompletnie nic się nie działo. Codzienne rutynowe sytuacji czyli śniadanie na drodze w postaci kanapek z masłem orzechowym i dżemem, gorąca herbata z termosów Primus, wymiana minimum dwóch przebitych dętek czy zbieranie tablic rejestracyjnych z pobocza.






Kiedy dojechaliśmy do Lincoln City, zameldowaliśmy się u Barrego którego poznaliśmy na Couchsurfingu. Podczas gdy dziewczyny zajmowały się przygotowywaniem kolacji, ja z Łukaszem zajęliśmy się sprawdzaniem klocków hamulcowych, dopompowaniem opon czy wymiany wadliwych dętek. W pewnym momencie z garażu wydobył się wielki huk. Od razu z salonu zbiegły się dziewczyny wraz z Barrym. Dopiero po paru chwilach uświadomiliśmy sobie, że to właśnie rozsadzona dętka którą jeszcze chwilę wcześniej dopompowywałem spowodowała taki hałas. Wszyscy jeszcze długo nabijali się ze mnie, że nie dopilnowałem czy opona nie uciska dętki gdzieś na obręczy.

Barry podczas kolacji zabawiał nas ciekawostkami ze swojego życia. Nas gospodarz okazał się interesującym i inteligentnym facetem o niesamowitych zainteresowaniach. Grał w zespole, podróżował, surfował, a aktualnie pracował w lokalnym kasynie jako specjalista od spraw zabezpieczeń. Tajemnic kasyna byliśmy chyba najciekawsi, ale tego jednego nie chciał nam zdradzić. W wolnych chwilach puszczał nam piosenki swojego zespołu w którym grał na perkusji i zapoznał nas z Alexą. Alexa była urządzeniem które reagowało na głos domowników, potrafiło odpowiedzieć na pytania, włączać i wyłączać światło czy odnajdywać i puszczać utwory z sieci. Niestety nie była idealna, nie potrafiła znaleźć piosenki „Kolorowych jarmarków”.

Na trasie oglądaliśmy wielokrotnie zachód słońca i za każdym razem robiło to na nas niesamowite wrażenie. Często zatrzymywaliśmy się tylko po to by obejrzeć jak słońce zachodzi za oceanem. Tym razem mogliśmy obejrzeć ten piękny moment z Cape Perpetua. Jest to wybrzeże na którym znajduje się widowiskowe Thor’s Well, czyli naturalna fontanna, która to podczas przypływów i sztormów wyrzuca potężne fale z niesamowitą siłą. Widok potężnych fal na tle zachodzącego słońca zapierał dech w piersiach.





Tego dnia mieliśmy drugi na naszej trasie nocleg w namiocie podczas naszego etapu. Pech, albo szczęście chciało, że pole kempingowe było nieczynne. Nie powstrzymało nas to jednak by przejechać pod szlabanem i zanurzyć się w ciemnym lesie by rozłożyć namioty na zamkniętym polu. Nad ranem kiedy opuszczaliśmy to i tak puste miejsce, szlaban otworzył nam pracownik owego kempingu. Minęliśmy się z nim tylko w bramie, ale był zdziwiony widząc wyjeżdżającą piątkę rowerzystów z lasu o tej porze roku.

Za Florence zatrzymujemy się przy Oregon Dunes, które to są obszarem wydm znajdującymi się w stanie Oregon. Wydmy te są największym obszarem przybrzeżnych wydm w Ameryce Północnej i jednym z największych na świecie. Idealne miejsce by zrobić sobie krótką przerwę na posiłek.


Na noc zatrzymaliśmy się w Reedsport. Nie mieliśmy jednak, zorganizowanego żadnego miejsca noclegowego. Kościoły do których pukaliśmy były zamknięte i puste. Najlepszą opcją w tamtym momencie mogła okazać się szkoła, jednak kiedy pytaliśmy w sekretariacie spotkaliśmy się z odmową. Zasugerowano nam byśmy po pomoc udali się do pastora, który akurat trenował drużynę koszykarską. Pastor Allen bez chwili namysłu zgodził się byśmy nocowali w jego kościele.


Po skończonym treningu spotkaliśmy się z Allenem. Pokazał nam gdzie możemy przygotować posiłek, wskazał najwygodniejsze miejsce do spania dla naszych mat i śpiworów oraz przyniósł pudełko ciastek i przygotował dla nas kawę. Zaznaczył, że lada moment będzie miał małe spotkanie z wiernymi i, że przyjdzie do nas jak tylko skończą. Przez ten czas ja z Łukaszem zajęliśmy się łataniem dętek, Olga przygotowała posiłek, a Emila z Karoliną poprawiały nam humor muzyką i śpiewaniem. W pewnym momencie Karolina znalazła gdzieś nawet mikrofon i zaczęła do niego śpiewać. Po godzinie wrócił do nas pastor, oznajmił, że już skończył spotkanie i wesołym tonem powiedział, że w momencie kiedy wszyscy w ciszy i skupieniu się modlili, nagle rozległy się głos. Głosem tym była oczywiście Karolina śpiewająca do mikrofonu który był podłączony do wszystkich głośników w budynku.

Standardowo koło godziny 22 położyliśmy się spać. Koło 2 w nocy poczułem jak ktoś szarpie mnie za nogę. Po chwili do mnie doszło, że to Karolina lekko spanikowana próbuje mnie obudzić. Powodem tego był głośny hałas wydobywający się z korytarza nad nami, który słyszała. Wiedzieliśmy dobrze, że nikogo o tej porze nie powinno być w kościele po za nami. Tak więc z Karoliną i Olgą postanowiliśmy sprawdzić cały budynek w poszukiwaniu intruza. Nikogo nie znaleźliśmy, a wszystkie drzwi wejściowe były pozamykane. Byłbym święcie przekonany, że Karoline się przyśniła cała sytuacja, gdyby nie potwierdzenie przez Olgę jej wersji. Resztę nocy przespaliśmy wszyscy w półśnie. Jedynie Łukasz spał niewzruszony, nawet nie wynurzył nosa ze śpiwora kiedy trzeba było sprawdzić budynek. Twardziel.

Kolejna nieoczekiwana pobudka nastąpiła o godzinie 5. Tym razem po cichu do pokoju w którym spaliśmy weszła sprzątaczka. Ta jednak nie zdawała sobie sprawy, że znajdujemy się w budynku. Nie przestraszyła się jednak piątki osób owiniętych w kokony tylko poszła sprzątać w innej części kościoła. Kiedy wyjeżdżaliśmy zapytaliśmy się jej czy ktoś mógł się kręcić po budynku o 2 w nocy, ale to pytanie było dla niej tak samo zaskakujące jak moja pobudka w środku nocy przez Karolinę.

Nierzadko zdarzało się, że na naszej trasie mogliśmy zauważyć jak bardzo hołduje się amerykańskich weteranów, którzy nie wrócili z misji lub wojen. Park Pamięci Weteranów imienia Davida Dewitta jest jednym z takich miejsc które można zobaczyć w Ameryce. Nie raz rozmawiając z Amerykanami spotykaliśmy się z negatywnymi opiniami na temat walk, jednak ostatecznie weterani w USA są bardzo szanowani.
Raz czy dwa razy zdarzyło się nam rozmawiać na temat pamiętnego dnia dla Amerykanów, 11 września 2001. Okazuje się, że wielu z nich bardzo dobrze pamięta dzień ataku na World Trade Center, który to wstrząsnął całymi Stanami, jak i poruszył całym światem. Ja sam również pamiętam, że siedziałem wtedy w kuchni i jadłam kolację, kiedy to mówiono o tym w wieczornych wiadomościach. Miałem wtedy 12 lata.





Kolejne dwie noce mieliśmy spędzić w Bandon. Kontakt do lokalnego pastora dostaliśmy od pracownika z miejskiego ratusza, ale o ostatecznej decyzji pastora mieliśmy dowiedzieć się na miejscu.
Pastor Dan widząc nas nie był specjalnie szczęśliwy, miał w tamtym momencie inne rzeczy na głowie niż nieoczekiwane goszczenie piątki rowerzystów z Polski, którzy wybrali się na wycieczkę wzdłuż Zachodniego Wybrzeża USA. Zbliżał się okres świąteczny, to znaczy że musiał przygotować spotkanie dla najbardziej potrzebujących ze swojej parafii. Traf chciał, że kolacja świąteczna dla tych ludzi miała się odbyć właśnie tego dnia za kilka godzin. Wskazał nam pokoje i poprosił byśmy dołączyli do niego o 20 oraz opowiedzieli o naszym projekcie.
Kiedy zeszliśmy na dół sala była uroczyście urządzona, a wszyscy goście siedzieli przy stołach. W jednym momencie wszystkie oczy skierowały się na nas. Zmroziło mnie lecz pastor Dan, szybko wprowadził nas w głąb sali i przedstawił. Po chwili z rozwiniętą mapą opowiadaliśmy całą ideę Bike Jamboree. Po naszej małej prezentacji poczuliśmy się jak wśród swoich i mogliśmy zasiąść do stołu i wspólnego posiłku. Po kolacji przyszedł czas na zabawę o nazwie White elephant czyli amerykańskie Mikołajki. Na początku odbyło się od losowania nieoznakowanych prezentów. Po rozpakowaniu prezentów przyszedł czas na inny rodzaj zabawy, która to polegała na podkradaniu prezentów. Dla nas była to nowość ale tego typu zabawa jest popularna na imprezach świątecznych.

W kościele pastora mieliśmy spędzić dwie noce. Kolejny dzień był bardzo leniwy. Wprawdzie nie mieliśmy za wiele tym razem do roboty z rowerami, ale pastor Dan zasugerował byśmy wybrali się nad ocean, a wieczorem wyskoczyli na miasto i wzięli udział w świątecznej paradzie, która objeżdża miasto udekorowanymi w świątecznym stylu pojazdami.
Plażę odwiedziliśmy. Piękne skały wyłaniające się z morza zrobiły na nas wielkie wrażenie.


Wieczorem pojawiliśmy się na mieście by zobaczyć paradę. Doszliśmy do wniosku, że oglądanie samej parady to trochę za mało i może by tak wziąć w niej udział i być jej częścią. Wóz strażacki wydał się nam najbardziej obiecujący na nasz cel. Nasza piątka ubrana w żółte bluzy bardzo rzucała się w oczy mimo późnej pory. Strażacy przywitali nas ciepło, nie mieli jednak miejsca na swoim wozie, ale znaleźli dla nas specjalne zadanie. Poprosili byśmy podczas parady rozdali dzieciom cukierki. Tak bardzo się zaangażowaliśmy wszyscy w to, że już w połowie drogi mieliśmy puste kieszenie.




Miło było być częścią tego wydarzenia. Miasto było małe, ale skupiło bardzo dużo ludzi na paradę. Był to bardzo przyjemne zakończenie naszego drugiego tygodnia podróży. Lada moment miała czekać słoneczna Kalifornia, ale niestety słonecznych dni wcale nie mieliśmy za wiele.