Highway 101 to nie droga to stan umysłu! cz. 1

Historia owej podróży zaczyna się pod koniec 2018 roku, kiedy to brałem udział w niesamowicie ciekawym projekcie Bike Jamboree. Bike Jamboree jest to pierwsza w historii sztafeta rowerowa dookoła świata w której uczestniczyć może dosłownie każdy. Są to osoby, którzy często się nie znają, a chcą odbyć niesamowitą przygodę w swoim życiu. Projekt ma na celu szerzenia idei przyjaźni, braterstwa oraz wartości harcerskich, a dodatkowo zachęca ku kręceniu kilometrów jadąc nie rzadko bo trudnych i wymagających terenach latem czy zimą. W skrócie sztafeta z miesiąca na miesiąc zmienia zespół, a rowery jadą dalej tym samym każdego dnia przeżywa się to nowe przygody z Bike Jamboree.

Konkretnie 21 listopada 2018 roku rozpoczęła się wyprawa rowerowa 21-go etapu Bike Jamboree z Vancouver w Kanadzie do San Francisco w USA. W składzie zespołu znajdowała się piątka nie znających się wcześniej osób: Olga, Karolina, Emila, Łukasz i ja. Miesiące przed wyprawą każdy z członków etapu miał wyznaczone konkretne cele i zadania by przygotować nas na podróż przez stany. Jako, że organizator całego projektu zaopatrzył nas w większość sprzętu kempingowego i rowery, to resztą zająć musieliśmy się sami. Takie rzeczy jak transport do celu jaki i powrót, wizy, zakwaterowanie oraz wyżywienie spoczywało już całkowicie na członkach etapu. Projekt nie zabraniał pozyskiwania środków finansowych z różnych źródeł, np. od sponsorów czy ze zbiórek na portalach crowdfundingowych, więc mogliśmy zawsze uzyskać dodatkowe środki na naszą wyprawę.


Tak więc zadania zostały podzielone, część funduszy pozyskana, trasa wyznaczona. Pozostało nam jedynie spotkać się w Vancouver w Kanadzie i ruszyć w drogę do San Francisco. Zanim jednak wyruszyliśmy musieliśmy jeszcze oficjalnie wymienić się między zespołami naszą pałeczka sztafetową, czyli jedną wielką mapą całej trasy, oraz odebrać i naprawić rowery. Dzięki uprzejmości Kasi, kuzynki Olgi – uczestniczki naszego etapu, mieliśmy zakwaterowanie na kolejne kilka dni i miejsce do przygotowania rowerów do drogi.


Kasia dodatkowo poczyniła kolejne kroki ku promocji naszego etapu i zorganizowała specjalnie dla nas wywiad w radiu dla Polonii w Vancouver. Audycja odbyła się w małej stacji Radia Iks gdzie przez dwie godziny mogliśmy opowiedzieć o naszym projekcie. Koniec końców prowadzący wpadł na pomysł by zmobilizować lokalną ludność i zachęcić Polaków by pożegnali nas w dzień oficjalnego rozpoczęcia podróży etapu 21.


W dzień naszego wyjazdu odbyło się owe pożegnanie. W umówionym miejscu przybyło kilkunastu Polaków, w tym sama Kasia z rodziną oraz spiker radiowy, który to ponownie przeprowadził z nami krótki wywiad. Były polskie flagi, śpiewy i dużo zdjęć po czym cała nasza piątka ruszyła na południe w stronę granicy ze Stanami Zjednoczonymi.


Zdawaliśmy sobie sprawę, że zima nadciąga. Dlatego też chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do naszego celu. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później nie unikniemy złej pogody, ale byliśmy dobrej nadziei, że takich dni będzie jak najmniej. Dodatkowo dni były bardzo krótkie i zawsze wstawaliśmy kilka godzin przed świtem by wraz z pierwszymi promieniami słońca ruszyć w drogę. Co nie zawsze się wiązało z dotarciem do celu przed zmierzchem.



Kiedy dotarliśmy na przejście graniczne ze Stanami spodziewaliśmy się długiej i wnikliwej kontroli, gdyż nie często pięciu rowerzystów z Polski przekracza granicę i mówi, że startuje w sztafecie dookoła świata. Zastanawialiśmy się czy czasem nie zarekwirują jakiegoś jedzenia, które mogło być niedozwolone przy przekraczaniu granicy. Na szczęście kontrola przeszła bardzo szybko i bez wnikliwych pytań. Jedynie czym podsumował funkcjonariusz słysząc nasz plan było sarkastyczne: „Czyj to wspaniały pomysł było podróżowanie zimą na rowerach?”.
Przed zmierzchem pierwszego dnia dojechaliśmy do Bellingham, niecałe 30 km za kanadyjską granicą, gdzie mieliśmy umówiony nocleg u amerykańskiego skauta. Nim jednak dotarliśmy do naszego gospodarza złapaliśmy dwie gumy w rowerach. Okazało się, że Emila, a chwilę później ja wjechaliśmy na ostre śruby które wbiły się na głębokość pół centymetra w nasze opony. Nim skończyliśmy serwis rowerów, słońce już zaszło, a z nieba zaczął padać deszcze. Ostatecznie dotarliśmy na wzgórze gdzie znajdowało się osiedle bogatszych domów rodzinnych. W jednym z nich mieszkał nasz, gospodarz Derrick. Dzięki niemu mieliśmy suche i ciepłe miejsce, gdyż noc na dworze zapowiadała się mało sympatyczna do rozstawienia namiotu. Jedynie niesmak pozostał kiedy nasz gospodarza zaproponował po zamówionej pizzy, że chciałby odzyskać od nas $80.



Opuszczając dom Derricka mieliśmy się udać drogą wzdłuż zachodniego wybrzeża i ominąć Seattle by dostać się do Fort Casey, a następnie przetransportować się promem do Port Townsend. Tego dnia podróży wiatr stanowczo utrudniał nam uzyskanie przyzwoitej prędkości jazdy, a podróż stawała się bardzo trudna i męcząca. Zdarzało się tak, że równie prędko jak jechaliśmy mogliśmy i pchać nasze rowery.



Kumulacja niepowodzeń nastąpiła w momencie jak zapadł zmrok, a my byliśmy jeszcze 50 km od celu. Złapaliśmy właśnie kolejną gumę w rowerze tego dnia. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że znajdowaliśmy pod bazą Marynarki Wojennej U.S. do momentu kiedy reflektory samochodowe nas nie oślepiły, a z pojazdu wyszedł funkcjonariusz pytając co robimy na terenie rządu amerykańskiego. Na szczęście pozwolono nam dokończyć wymianę dętki. Funkcjonariusz jednak poinformował nas, że tego dnia nie dotrzemy do celu gdyż promy zostały wstrzymane przez sztorm.


Ten bardzo silny wiatr pokrzyżował nam nasze plany i utknęliśmy po złej stronie brzegu. Każdego dnia mieliśmy ustalony jakiś cel by móc dojechać na czas do San Francisco. Niekiedy na trasie mieliśmy umówione spotkanie z harcerzami, jednodniowy odpoczynek albo załatwione miejsce na nocleg pod dachem. Tego dnia nie udało nam się osiągnąć wyznaczonego celu, ale na szczęście był to pierwszy i ostatni taki dzień podczas naszej podróży. Schronienie natomiast znaleźliśmy w Oak Harbour, w jednym z dwóch kościołów, który pozwolił wykorzystać małą przestrzeń za budynkiem na rozstawieniem namiotów.
Nad ranem byliśmy już w porcie Fort Casey, skąd przetransportowaliśmy się promem do Port Townsend.


Na miejscu czekała na nas znajoma Little Jima (Małego Jima), z którym dnia poprzedniego byliśmy umówieni na kolację i nocleg. Kiedy zapytaliśmy się o tego chłopca, który mówił, że jest skautem, dowiedzieliśmy się, że Little to Jima nazwisko, a nie przydomek. Po chwili pojawił się Jim we własnej osobie, starszy, duży, brzuchaty mężczyzna. Teraz była nam głupio, że przy wymianie wiadomości traktowaliśmy go jak dziecko.
Jim jeszcze zabrał nas jeszcze na spotkaniem z dyrekcją szkoły, gdzie to przedstawił nas projekt po czym ruszyliśmy w stronę Port Angeles starym szlakiem kolejowym przerobionym na piękną ścieżkę rowerową.





Do Port Angeles udało nam się dotrzeć późnym wieczorem jak zakładał początkowy plan mimo dużego opóźnienia. Naszym gospodarzem miała być Laura, która słysząc o naszym projekcie zorganizował nawet spotkanie z lokalną grupą skautów. Kiedy dotarliśmy na miejsce byliśmy mocno spóźnieni na ową kolację, jednak cała grupa harcerska czekała tylko i wyłącznie na nas z rozpoczęciem spotkania. Odbyło się uroczyste ślubowanie przez amerykańskich skautów, złożenie honorów fladze po czym przeszliśmy do rozmów na temat różnic między harcerstwem w Polsce a skautingiem w USA. Na zakończenie zbiórki Karolina z Emilią zebrały wszystkich w koło, po czym podzieliły się ze skautami bratnimi słowami będącymi pieśnią i zarazem obrzędem tradycyjnego pożegnania harcerskiego.




Laura zabrała nas do swojej wielkiej posiadłości na obrzeżach miasta zaraz po uroczystości. Poznaliśmy jej całą rodzinę, ale z racji późnej godziny nie mieliśmy czasu na rozmowy. Pozwoliła nam za to skorzystać z pralki i zasugerowała, że możemy wskoczyć jeszcze do jacuzzi, które stoi na dworze, jeśli mamy ochotę. Wszyscy byliśmy mocno zmęczeni, każde z nas chciało się położyć już spać, a na dworze było zimno i padało. Jednak nie mogliśmy sobie odmówić możliwe, że jedynej okazji skorzystania z jacuzzi w Ameryce. Więc przed snem wskoczyliśmy wszyscy razem do gorącej i odprężającej wanny na chwilę relaksu.

Nad ranem przy śniadaniu czekała nas dość niezręczna sytuacja. Mąż Laury, bardzo niestosownie zaczął się zachowywać. Z jednej strony starał się nas zagadywać, a z drugiej dyrygował Laurą by ta przygotowywała wszystkim śniadanie. Mieliśmy wrażenie, że biedna Laura musiałaby się rozdwoić by obsłużyć wszystkich kiedy on sam siedział i krzyczał zza stołu. Staraliśmy się pomóc Laurze w przygotowaniu posiłku ale niewiele to pomagało. Żal było zostawiać Laurę, bo mimo krótkiej chwili bardzo się do nas przywiązała. Jednak do końca naszej podróży śledziła pilnie przebieg naszej przygody.

Po przejechaniu tego dnia blisko 10 km doszło do małej awarii jednego koła, złamała się szprycha w rowerze Karoliny. Na szczęście warsztat rowerowy w którym mogliśmy naprawić usterkę był niedaleko, więc po godzinie mogliśmy ruszyć dalej w drogę. Jednak każda godzina zwłoki przy krótkich dniach wiele zmienia, a na domiar złego droga którą mieliśmy jechać okazała się zamknięta zimą. Ostatecznie zmusiło nas to do zrobienia dodatkowych kilometrów by znaleźć się na alternatywnej trasie.


Koło 15:00 zaczynało zmierzchać. Wiedzieliśmy, że z dotarciem na czas do Forks będzie trudnym wyzwaniem. Wpadliśmy na pomysł by dziewczyny pojechały autostopem, a ja z Łukaszem szybko pokonamy 50 km i spotkamy się w kościele który zaoferował nam nocleg. W gruncie rzeczy żadne z nas nie chciało po raz kolejny spać w namiocie wiedząc, że gdzieś czeka na nas ciepły posiłek i dach nad głową.


Zatrzymaliśmy pickupa na drodze. Wsadziliśmy na tył 3 rowery i prawie wszystkie sakwy. Umówiliśmy się z Olgą, Karolina i Emila, że spotkamy się na miejscu, tym samym ja z Łukaszem mogliśmy jechać naszym tempem do celu. Dystans pokonaliśmy w dwie godziny, jednak w połowie drogi zaczęło mocno padać. Kiedy dojechaliśmy do kościoła, deszcz nie pozostawił na nas suchej nitki.
Tym razem naszym gospodarzem okazał się pastor Rod, który użyczył nam na noc swój kościół. Warto wiedzieć, że kościoły w Stanach to nie tylko jedna wielka sala świątynna, ale często kilka pomieszczeń w tym sale do nauczania dzieci, świetlica czy kuchnia. Specjalnie dla nas pastor przygotował syty posiłek. W tym ogromna ilość kurczaków z rożna z sugestią byśmy zabrali je na drogę. Po męczącym dniu smakowały nieziemsko. Do dziś się zastanawiam czemu ani jednego nie spakowałem sobie na później.



Kiedy opuszczaliśmy Forks zdaliśmy sobie sprawę, że miasto jest słynne z książek i adaptacji filmowej o wampirach Zmierzch. Dodatkowo region ten jest najbardziej deszczowym miejscem w Stanach.


Po drodze zatrzymaliśmy się na plaży w Ruby Beach i podziwialiśmy ogromne sekwoje.





Wieczorem dotarliśmy do Quinault z zamiarem nocowania na pobliskim polu kempingowym. Kiedy robiliśmy zakupy w sklepie, ekspedientka zapytała gdzie planujemy spędzić noc. Kiedy usłyszała o naszym pomyśle, od razu sięgnęła po telefon i zadzwoniła do pastora. Ten długo się nie zastanawiał i zaprosił nas do swojego kościoła. Musieliśmy tylko zrobić kilka dodatkowych kilometrów w leśnych ciemnościach. Pastor nawet po nas wyjechał, zabrał dwie osoby, zapakował na swojego pickupa dwa rowery i wszystkie nasze sakwy.
Na miejscu pastor opowiedział nam o swoim kościele, pokazał kuchnię i odpowiednie miejsce do snu. Nawet znalazł się prysznic co nie zawsze się zdarza w kościołach. Po czym zostawił nas samych z górą lodów w lodówce.

Kolejny dzień okazał się wielkim wyzwaniem dla jednego z rowerów, które już trochę przejechały będąc kilka miesięcy w Ameryce Północnej. Pech chciał, że padło na rower Olgi. Doszło niestety do poważnej awarii, wózek przerzutki wkręcił się w tylne koło. Do takiej awarii nie powinno nigdy dojść, jednak po późniejszej analizie okazało się, że niestety hak podtrzymujący przerzutkę został uszkodzony i wygięty długo przed naszym etapem.
Nie mając części ani warsztatu rowerowego w okolicy, nie pozostało nam nic innego jak złapać jakiś transport do Aberdeen dla Olgi. Długo czekać też nie musieliśmy bo po 5 minutach byliśmy już wszyscy w drodze. Olga dotarła do miasta kilka godzin przed nami. Ulokowała się u naszych gospodarzy z Couchsurfingu i czekała na nas aż przyjedziemy.


Po 6 dniach jazdy mieliśmy ustalony dzień wolny w Aberdeen. W tym czasie mieliśmy zająć się czyszczeniem i konserwacją wszystkich naszych rowerów. Mogliśmy również zabrać uszkodzony rower do serwisu na wymianę niezbędnych części. Uszkodzony rower okazał się jeszcze bardziej awaryjny. Okazało się, że prócz przerzutki i haka do wymiany jest jeszcze szprycha, łańcuch i kaseta. Ostatnich dwóch rzeczy musieliśmy sobie odmówić bo i tak za naprawę i serwis najbardziej potrzebujących rzeczy zapłaciliśmy ponad $160. Przez co nasz budżet został mocno nadszarpnięty w ciągu tylko jednego tygodnia.


Wieczorem nasi gospodarze, zabrali nas na ognisko do swoich znajomych. Dzięki czemu nawiązaliśmy kolejne kontrakty na kolejny dzień. Wystawili na stół wielkie wiadro gotowanych krabów, dużo piwa i masę przygotowanego jedzenia. Po raz kolejny mogliśmy opowiedzieć o naszej przygodzie co zawsze wzbudzało zainteresowanie i zachwyt.





Wieczorne ognisko nie było końcem naszych przygód. Nasza gospodyni postanowiła nas zabrać jeszcze do opery w Grays Harbor College na przedstawienie Jaś i Małgosia. Nie będę ukrywał, pierwszy akt przesłuchałem w całkowitym skupieniu, niestety dwa kolejne przespałem. Na szczęście nie byłem sam. Tylko Łukasz nie zmrużył oczu do końca przedstawienia.
Spektaklem zakończyliśmy pierwszy tydzień przygód po USA. Przed nami czekały kolejne 3 tygodnie niesamowitych przygód, a zapowiadało się coraz ciekawiej.