Widać było już po nas lekkie zmęczenie tym wyjazdem oraz małe znużenie atrakcjami Izraela. Izraelskie zabytki zostały praktycznie przyćmione wobec niesamowitej Petry i majestatyczniej pustyni Wadi Rum. Przez większość czasu w kraju przy Morzu Śródziemnomorskim mogliśmy oglądać ruiny różnych miast, twierdz czy świątyń, jednak ze względu na zbyt dużą powtarzalność czasami postanowiliśmy pomijać niektóre zabytki.

Dzień 20.05.16 – Nadmorska Cezarea, Tel Awiw
Przed nami pozostały nam już ostatnie ruiny legendarnego miasta. Nadmorska Cezarea bo to o niej mowa, ma do zaoferowania teatr rzymski, fragmenty murów miejskich, ruiny hipodromu, cytadele krzyżowców, czy zatopiony port morski. I to miejsce miało być ostatnią atrakcją na naszej samochodowej trasie.
Miasto, które zostało założone przez króla Judei Heroda Wielkiego. Z biegiem lat jednak straciło bardzo na znaczeniu, a w czasie wypraw krzyżowych przeżyło gwałtowny upadek. Nadmorska Cezarea w XIII w. całkowicie została zburzona przez egipskich mameluków. I aż do XIX w. były tu zwykłe ruiny, kiedy to utworzono w tym miejscu park narodowy.

 

Po zwiedzeniu Cezarei byliśmy zmuszeni trochę przyspieszyć z oddaniem samochodu, gdyż do godziny 14 była czynna wypożyczalnia. Po tej godzinie praktycznie miasto całkowicie zamiera i zaczyna się Szabat.
Szabat jest dniem świętym w kulturze żydowskiej i zaczyna się w piątek wieczorem, tuż przed zachodem słońca. W tym czasie zakazana jest praca zarobkowa, sprzątanie, używanie elektryczności, a także podróżowanie na większe odległości. Tylko w przypadku ratowania życia można złamać tą regułę. Ludzie mieszkający w wieżowcach, nie mogą używać panelu windy do wskazania piętra, dlatego też część wind jest zaprogramowana tak by stawała na każdym piętrze po kolei. Całe święto trwa do zachodu słońca w sobotę, wtedy na nowo wszyscy mogą wrócić do pracy i swoich obowiązków. Niedziela natomiast jest jak najbardziej w kulturze żydowskiej pracująca.
Dlatego też, w naszym przypadku, by nie naliczano nam za następne 2 dni wynajmu samochodu, zdecydowaliśmy się szybciej zwrócić nasz środek komunikacji.

Zameldowaliśmy się w hostelu i wypakowaliśmy wszystkie nasze rzeczy.

 

Po czym wraz z Rafałem pojechaliśmy do centrum by zwrócić nasz samochód. Z oddaniem samochodu nie było większych problemów, chociaż kursowanie po takim mieście jak Tel Awiw okazało się trochę uciążliwe z powodu dużego ruchu.
Parę dni wcześniej, podczas odbioru samochodu zostaliśmy poinformowani by unikać krawężników czerwono-białych oznaczających zakaz parkowania i grążących odholowaniem samochodu. Dodatkowo by uniknąć opłat za postój trzeba było nie parkować przy krawężnikach niebiesko-białych. Dzięki temu zaoszczędziliśmy sobie dużej ilości kłopotów.
Po wszystkich formalnościach trzeba było jeszcze wrócić do naszego hostelu, jednak w tym mieście idzie się dużo łatwiej niż jeździ.

W Tel Awiwie planowaliśmy spędzić kolejne dwa dni, bardziej zbijając bąki czy odpoczywając trochę nad Morzem Śródziemnym. W głównej mierze mieliśmy skupić się na relaksie, odpoczynku i kupowaniu pamiątek. Ostatecznie tego dnia mogliśmy nacieszyć się spokojnym wieczorem na plaży z dobrym winem.

Dzień 21.05.16 – Tel Awiw
By nie marnować już ostatniego pełnego dnia w Izraelu każdy z nas zaplanował sobie plan na zwiedzanie z osobna. Oglądanie miasta, kupowanie pamiątek, robienie zdjęć – każdy zaplanował sobie we własnym zakresie.
Ja postanowiłem trochę poznać miasto i przejść się wzdłuż nabrzeża. Tel Awiw i cała aglomeracja miast wokół niego jest zamieszkana przez prawie połowę ludności kraju. Co ciekawe siedzibą władz jest Jerozolima, jednak większość państw uznaje właśnie Tel Awiw jako stolicę kraju. Obyczaje panujące w tym mieście są dalekie od surowości Jerozolimy, na ulicach można spotkać znacznie mniej ortodoksyjnych Żydów. Wszędzie wokół widać, że mieszkańcy preferują bardzo swobodny i luźny styl życia. Jednakże Szabat jest tutaj przestrzegany podobnie jak w pozostałej części kraju. Niestety trudno szukać w tym mieście zabytków, gdyż miasto jest bardzo nowoczesne aczkolwiek jest w nim duży ścisk. Nocami miasto tętni życiem w restauracjach i klubach. Młodzi ludzie spędzają czas grillując w parku czy grając w piłkę. Nawet zauważyłem, że ludzie nie ograniczają się tu za bardzo z alkoholem kiedy planują się wybrać chwilę później do klubu.
Panuje tam takie powiedzenie, „Haifa works, Jerusalem prays, and Tel Aviv plays” czyli w wolnym tłumaczeniu „Hajfa pracuje, Jerozolima się modli, a Tel Awiw się bawi.” Z moich spostrzeżeń wydaje się to poniekąd prawdą. Różnica pomiędzy Tel Awiwem a Jerozolima jest ogromna. Miasta dzieli jakieś 60 kilometrów, ale podejście kulturowe jest znacznie inne.
Zaraz obok Tel Awiwu z południowej strony miasta znajduje się Jafa, sięgająca czasów starożytnych, a będąca ośrodkiem portowym. Przed 1949 rokiem odrębne miasto, teraz dzielnica. Starówka tego miejsca jest największą w Izraelu w której panuje bliskowschodnia atmosfera. Warto się trochę powłóczyć po tej dzielnicy i zobaczyć jedyne zabytki tego regionu.

 

Po kilkugodzinnym zwiedzaniu miasta wszyscy mieliśmy się spotkać na plaży by po raz ostatni złapać trochę słońca. Nad wodą tętni życie. Ludzie grają w badmintona, piłkę, budują zamki z piasku lub przesiadują z rodzinami całe popołudnia. Praktycznie do późnych godzin po zachodzie słońca.

Przed wieczorem każdy z nas solidnie przepakowywał bagaże by mieć spokój z tym następnego dnia i się nie śpieszyć przed odlotem. Następnie mogliśmy pójść oglądać zachód słońca nad Tel Awiwem przy izraelskim winie. Zachód słońca nad Morzem Śródziemnym nie jest tak majestatyczny jak na pustyni, ale i tak potrafi pochłonąć bez reszty.
Słońce zachodzi w Izraelu koło godziny 19, mogłem sobie pozwolić na zwiedzania miasta nocą. Ja postanowiłem zobaczyć jeszcze z bliska wieżowce Azrieli, będące symbolem nowoczesności państwa. Na ich dachu rozciąga się platforma widokowa skąd można zobaczyć całe miasto. W dzień kiedy ja tam byłem taras był niestety zamknięty ze względu na Szabas, ale wieżowce z bliska robią wrażenie, a spacer po żyjącym w nocy mieście wydaje się być przyjemnością przed snem.

 

Dzień 22.05.16 – Powrót
Wymeldować musieliśmy się z hostelu zgodnie z końcem doby hotelowej, na szczęście z dobrej woli kierownictwa placówki pozwolono nam zostawić bagaże na jeszcze dwie godziny nim pojechaliśmy na lotnisko. W tym czasie każdy z nas mógł wyjść na miasto coś zjeść lub wydać ostatnie pieniądze.

Kiedy spotkaliśmy się wszyscy razem w hostelu o umówionej godzinie wyjazdu, ruszyliśmy w stronę stacji kolejowej. Skorzystaliśmy przy tym z autobusu miejskiego by dostać się do centrum miasta, a następnie ruszyć pociągiem na lotnisko.
Wszystko szło nad wymiar sprawnie i bez większych problemów na lotnisku byliśmy dużo wcześniej. Część z nas wydała ostatnie drobne w lotniskowych sklepikach, cześć poszła wymienić pieniądze. Kurs na lotnisku wydawał się być jak najbardziej prawidłowy, jednak podczas każdej operacji została naliczana dodatkowa opłata urzędowa, którą można było zaoszczędzić wymieniając pieniądze w mieście. Ostatecznie jednak coś nam nie grało z tablicą odlotów. Na tablicy widniała nazwa terminalu, ale założyliśmy, że numer bramki odpraw pokaże się w późniejszym czasie. Jednak by nie było niespodzianek udałem się do centrum informacji. Pracownik lotniska grzecznie poinformował mnie, że nasz terminal odlotu znajduje się w zupełnie innym budynku, co oznaczało, że musieliśmy skorzystać z kursującego autobusu podwożącego pasażerów do innej hali odpraw.

Autobus był na szczęście darmowy. Podróż nim niemniej trwała z 15 minut, nim dojechaliśmy do odpowiedniego miejsca. Przy wejściu do budynku, znajdował się personel kontrolujący wybiórczo wchodzących pasażerów. Pech chciał, że Rafał postanowił zapalić i został na zewnątrz trochę dłużej, a w tym czasie ja wraz z dziewczynami przeszliśmy dalej bez sprawdzania. Kiedy Rafał chciał do nas dołączyć został poproszony na krótką rozmowę, musiał osobiście wskazać nas na sali, by potwierdzić wersje, że nie podróżuje sam i ma towarzystwo.

Kolejka do wstępnej odprawy była gigantyczna, można było zauważyć, że proces kontrolnej rozmowy przyspieszał tylko w momencie kiedy jakiś samolot miał zaraz odlatywać, a pasażerowie co odlatywali byli wywoływani do szybkiego odprawienia się. Kiedy przyszła kolej na nas czekała nas rozmowa z pracownikami lotniska. Każdy z osobna był przepytywany po kolei, a następnie pracowniczki weryfikowały dane między sobą. Było to na tyle irytujące i czasochłonne, że niektóre pytania typu “czy dostałem jakiś prezenty” zostały powtórzone mi ze 4 razy. Najważniejsze co trzeba było zrobić to uzbroić sie w cierpliwość i odpowiadać konkretnie. W takim przypadku lepiej zachować cierpliwość i nie wybuchać gniewem czy pokazując, że ma się tego wszystkiego dość.
Po rozmowie czekało nas przejście przez bramki na lotnisku, mnie i Rafałowi sprawdzono dokładnie osobiste bagaże. Tu tak samo jak podczas rozmowy kilka minut wcześniej, też nie śpieszono się z kontrolą. Plecak niby cały został wypakowany, a następnie zostałem przepytany o każdą rzecz z osobna. Ba, nawet kanapki które sobie zrobiłem na podróż zostały przekazane do osobnej maszynie by procedur stało się zadość. Pracownik na koniec grzecznie zapytał tylko czy mi pomóc go powtórnie spakować, ale wolałem już to zrobić sam.
Po przejściu tej mało przyjemniej odprawy czekał nas transport ponownie na głownie lotnisko, tym razem już do sali odlotów.
Reszta cześć lotu odbyła się bez większych problemów i w Katowicach wylądowaliśmy przed pierwszą w nocy. Można było się poczuć dużo przyjemniej bez obawy o każdorazową kontrolę czy bez różnych procedur bezpieczeństwa. Jedynie temperatura była znacznie chłodniejsza, ale akurat do tego można przywyknąć.

Transport samochodem do Poznania, a następnie pociągiem do Szczecina odbył się w analogiczny sposób w jaki miał miejsce dwa tygodnie wcześniej.

Reasumując cały pobyt w Izraelu i Jordanii. Jeśli ktoś kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości czy warto odwiedzić te kraje to jestem pewny, że nie znajdzie na świecie drugich takich samych miejsc jak Petra i Wadi Rum. Te miejsca są po prostu niesamowite i zachwycające na każdym kroku. Jeśli chciałoby się zobaczyć kilka odmiennych kultur działających w jednym miejscu bez żadnych większych konfliktów to Jerozolima jest tym miastem.
Niekiedy było nam ciężko określić ludzi, których spotykaliśmy na naszej drodze. W szczególności w Jordanii, gdzie poznawaliśmy bardzo skrajne charaktery. Spotykaliśmy ludzi chciwych oraz bardzo szczerych i szczodrych. Tych drugich zapamiętaliśmy najlepiej, gdyż zawsze dzielili się z nami tym co sami mieli. A najlepszym ich darem była rozmowa przy herbacie. Widać było, że czas spędzony z nimi sprawiał im wiele przyjemności, jak i nam z nimi również. Natomiast w Izraelu wszyscy byli mili, nawet służby państwowe starały się jak mogły by ich kraj wyglądał dobrze wobec zwiedzających.
Muszę przyznać, że dzięki tym dwóm tygodniom poznaliśmy wiele ciekawych i fascynujących ludzi, ale wszędzie wokół widać było, że tym światem rządzi pieniądz. Jadąc na Bliski Wschód trzeba się uzbroić w cierpliwość, opanowanie i asertywność, gdyż mieszkańcy tamtego regionu są mistrzami w targowaniu się. Tam cen nie zobaczy się na sklepowych pułkach, a pierwszy taksówkarz który nas dostrzeże zarząda astronomicznej kwoty.
Tamten świat jest po prostu inny niż nas i jeśli chcesz go poznać to wystarczy tylko zgubić się w ciasnych i głośnych uliczkach. Nie ma się czego obawiać. Mówi się, że w tamtych regionach jest niebezpiecznie. A ja mówię, że jeśli ktoś szuka wymówki to ją znajdzie. Tak więc, jeśli ktoś umie się dostosować do warunków i będzie działał zachowawczo to nic złego mu się nie stanie.
Izrael i Jordania są naprawdę godne polecania i uwagi. Czas leci tam inaczej, chociaż nie zawsze wydaje się, że jest kolorowo.