Zdjęcia prezentowane w tym wątku należą do różnych autorów.

Do tej pory różnice między Izraelem, a Jordanią były bardzo dostrzegalne. W szczególności odbiegały od siebie standardy noclegowe i sanitarne. Mieszkając w najtańszych hostelach raczej nie nastawialiśmy się na wielki komfort, ale też nie było nigdzie tragedii. W większości izraelskich hostelach było lepiej niż sobie to wyobrażałem. W Jordanii zdarzało się, że czasem farba odchodziła od ściany, łóżko wydawać by się mogło ze zaraz się połamie albo spało się pod kocem Myszki Miki. Finansowo w obu tych krajach nocleg wychodził raczej zawsze podobnie, co nie zmienia faktu, że były to noclegi droższe niż w Polsce. Tak czy owak nie jechało w nieznane by spędzać czas w luksusie tylko poznawać te rejony. A do zwiedzania wciąż mieliśmy jeszcze wiele miejsc.

Dzień 18.05.16 – Masada i Morze Martwe
Kiedy opuszczaliśmy hostel, zaczęliśmy kierować się w stronę drogi głównej biegnącej wzdłuż granicy izraelsko-jordańskiej, zaraz przy Morzu Martwym. Terytorium gównie należącego do Autonomii Palestyńskiej.
Ogólnie rzecz biorąc nie moglibyśmy podróżować tą drogą ze względów politycznych, kiedy nasz samochód jest wypożyczony. Izrael jednak całkowicie kontroluje drogę wzdłuż Morza Martwego, gdzie wciąż budowane są gigantyczne kurorty dla co bogatszych turystów. Właśnie w tej okolicy znajduje się najniżej położone miasto świata z najlepiej zorganizowanym kąpieliskiem przy Morzu Martwy. Tysiące miejsc hotelowych, galerie handlowe, mnóstwo klinik i wielka plaża, a wszystko po to by uszczęśliwić przyjezdnych. Kiedyś ponoć do Ein Bobek królowa Kleopatra posyłała regularnie wyprawy po błoto.
Wracając jednak do głównej drogi to sama ta trasa jest też często obierana ze względu na różne parki krajobrazowe, szlaki trekkingowe oraz pozostałości po starożytnych fortecach. I właśnie my w pierwszej kolejności ruszyliśmy w stronę Masady, czyli starożytnej twierdzy żydowskiej położonej na szczycie samotnego płaskowyżu na wschodnim skraju Pustyni Judejskiej, rzut beretem od Morza Martwego.
Nasz karnet obejmował zwiedzenie owych ruin, więc postanowiliśmy nie przegapić okazji i zobaczyć je. Na sam płaskowyż prowadziły dwie drogi, najprostsza zajmująca 10 minut kolejką linową była zawsze oblegana przez turystów. Druga opcja była trudniejsza, ścieżka była stroma, męcząca i dużo dłuższa uformowana z kamiennych schodów, ta jednak nie miała tak wielkiego zainteresowania w stosunku do tej pierwszej. My jako niestrudzeni wędrowcy chcący zaoszczędzić pieniądze, oraz spocić się niesamowicie, wybraliśmy pieszą wędrówkę na sam szczyt. Samo podejście trwało około godziny i chociaż było jeszcze wcześnie to temperatury zmuszały nas do częstych odpoczynków po drodze.

 

Na samym szczycie spotkaliśmy liczne wycieczki, a przede wszystkim wielkie skupiska ludzi czekających by tym razem zjechać z powrotem kolejką na sam dół. Na Masadę jednak nie trzeba przeznaczyć tak wiele czasu, bo prócz wielkich przestrzeni i pozostałościach po pałacu, bez przewodnika nie wiele można się tutaj dowiedzieć.

 

Masada jak pisałem wcześniej znajduje się na płaskowyżu, na wysokości około 410 metrów, a sam szczyt jest uformowany w kształcie rombu. Dostęp do tej fortecy swego czasu był bardzo trudny gdyż z każdej strony był broniony stromymi kilkusetmetrowymi zboczami. Początki twierdzy datuje się na II wiek p.n.e. W między czasie była pod władaniem króla Heroda, a w późniejszym okresie twierdza była jednym z ostatnich punktów oporu przeciw Rzymianom. Po zdobyciu twierdzy przez Rzymian postawiono tu posterunek. Ostatecznie zamieszkali już to wzgórze bizantyjscy mnisi, którzy to zostali wybici przez najazd perski lub arabski. Tym samym Masada została nie zasiedlona od VII wieku przez nikogo, ale dopiero w 1842 roku ustalono miejsce znajdowania się tej twierdzy.

Tą samą drogą dane nam było wracać na dół i wcale nie zajęło to mniej czasu, gdyż na każdym kroku trzeba uważać by nie stracić równowagi.
Po dwu godzinnym zwiedzaniu znów byliśmy w drodze, jednak nie na długo. Po 30 minutach dojechaliśmy do rezerwatu Ein Gedi.
Ein Gedi jest bogate w piękną okolice i niespotykaną roślinność. Zasługą tego jest jej lokalizacja w depresji Morza Martwego. To miejsce wyróżnia bujna oaza na tle jałowej pustyni. W okolicy również znajduje się Park Narodowy Ein Gedi w których mieszkają dzikie zwierzęta takie jak koziorożce, oryksy czy pantery.
Miejsce to przyciąga tłumy ludzi okupujący szlaki i okoliczne oazy. Tym samym skutecznie nas odstraszają od dłuższego spędzania tu czasu. Więc gdy tylko odwiedziliśmy wodospad Dawida, ewakuowaliśmy się do kolejnego punktu naszej trasie.

 

Istotnym celem tego dnia było wykąpanie się w Morzy Martwym, jednak większość terenów wokół morza znajduje się za odrutowanym płotem lub była prywatna.

 
Prawdopodobnie ciężko by było znaleźć miejsce w którym można się wykąpać za darmo. My skorzystaliśmy z ostatniego prywatnego kąpieliska będącego na trasie przy najbardziej zasolonym zbiorniku wodnym w tym regionie.
Przyznam się szczerze, że jeden jedyny raz zrobiliśmy coś nie chwalebnego. Ceny wejścia na plażę wahały się w okolicach 50 ILS od osoby, dlatego cichaczem podłączyliśmy się pod wielką grupę starszych turystów i weszliśmy na teren kąpieliska. Ciekawe, że nikt nie zareagował kiedy 4 młodych ludzi wchodziła za 50 emerytami.

Morze Martwe leży pomiędzy Izraelem a Jordanią. I wcale nie jest morzem jak wskazuje na to nazwa. 17 tysięcy lat temu poziom wody był tak wysoki, że łączył oddalone teraz o ponad 100 km Jezioro Tyberiadzkie (zwane również Morzem Galilejskim). Ten zbiornik wodny nosił w sowim czasie wiele nazw, m.in. Morze Cuchnące, Morze Diabelskie czy też Jezioro Asfaltowe. W Biblii nazwano je Morzem Słonym oraz Morzem Araby. Powszechnie wiadomo, że na wodzie można unosić się bez problemu, ale lepiej nie obracać się na brzuch czy próbować nurkować bo może skończyć się to tragicznie.

 
Po solidnym wymoczeniu się w Morzu Martwym, musieliśmy skorzystać z okolicznych pryszniców. W innym bądź razie podróż w dalszą drogę mogła by być bardzo nie przyjemna z resztką soli na skórze.

Terytorium Autonomii Palestyńskiej które mijaliśmy w kolejnej części trasy było bardzo rozlegle, chociaż większość to jałowe pustkowia, będące bardziej odpowiednie dla zwierząt hodowlanych i pustynnych roślin niż do budowy prosperujących miast.

 

Wyjeżdżając ostatecznie z terytoriów Palestyny, na drodze czekał nas ostatni izraelski punkt kontrolny, w którym musieliśmy odpowiedzieć na kolejne rutynowe pytania typu skąd i dokąd jedziemy. Po czym czekał nas przystanek przy Morzy Galilejskim na parę zdjęć.
Morze Galilejskie też ma wiele nazw i tak samo jak Morze Martwe jest nie jest morzem. Jest natomiast największym jeziorem słodkowodnym w całym kraju przez które przepływa rzeka Jordan.

 

Będąc przy rzece Jordan postanowiliśmy odwiedzić Baptysterium Jerdenit, będące miejsce odnawiania chrztów.
W Nowym Testamencie jest wymieniona rzeka Jordan w której ochrzczono Jezusa. Historycy podają, że prawdopodobnie miejsce chrztu znajduje sie w okolicach miasta Jerycho. Jerdenit natomiast jest bardziej dostępne dla pielgrzymów przyjeżdżających do Izraela, chociaż to miejsce nie posiada statusu sanktuarium chrześcijańskiego. Baptysterium wybudowali mieszkańcy i zamienili w atrakcję turystyczną.

 

Rzeka Jordan była ostatnim miejscem na naszej liście. A kiedy dzień zbliżał się ku końcowi my zameldowaliśmy się w kolejnym hostelu w mieście Nazaret.

 

Dzień 19.05.16 – Nazaret, Akka i Hajfa
Izrael jest krajem wielu kultur, głównie zamieszkiwanej przez Żydów. Stanowią oni 75% populacji całego kraju. Obok nich żyją Arabowie, będący największą mniejszością etniczną (około 1/5 ludności). Przez to w miastach często obowiązuje pisownia w języku hebrajskim, arabskim i angielskim.
Na mapie państwa można znaleźć kilka miast w większości zamieszkanych przez ludność Arabską, jednym z tych miast jest właśnie Nazaret. Chociaż wielu mieszkańców w tym mieście jest Arabami to duża część z nich wyznaje chrześcijaństwo. Dodatkowo też ze względu na wielokulturowość w Nazarecie nie obowiązują zakazy szabasowe i wiele sklepów czy komunikacja miejska działa cały tydzień.

Nazaret nie wiele ma miejsc turystycznych godnych polecenia, a całą swoją uwagę można skupić na Bazylice Zwiastowania Pańskiego, będącą jedną z najważniejszych świątyń chrześcijańskich odwiedzanych przez pielgrzymów w tym kraju. I dlatego też z samego rana, ja w raz z dziewczynami, wyszliśmy by odwiedzić to święte miejsce. Wiernych odwiedzających to bazylikę jest zawsze wielu, jednak ogromny kompleks świątynny pozwala przybyłym na swobodne zwiedzanie, a wiernym na uczestniczenie w mszy świętej, nie przeszkadzając przy tym nikomu.

 

Kolejną godzinę poświęciliśmy na przechadzaniu się po Starym Bazarze i zobaczeniu od środka najstarszego meczetu w Nazarecie nazywanego Białym Meczetem. Przydomek ten miał być symbolem nowej ery czystości, światła i pokoju między religiami.

 

Następnie zrobiliśmy szybki kurs w stronę Akki, gdzie znajduje się malownicze stare miasto z ciasnymi uliczkami oraz piękną starówką.
Akka jest znana jako starożytne miasto portowe, którego dzieje sięgają epoki brązu. Na przestrzeni lat miasto miało swoje okresy rozwoju i upadku, wielokrotnie oddawane z rąk do rąk czy podbijane siłą. Najświetniejszy okres przypada w XII i XIII wieku w momencie kiedy miasto było stolicą Królestwa Jerozolimskiego. Przez co Akka słynęła z potężnej Twierdzy Krzyżowców. Dziś natomiast prócz paru pustych sal nie wiele ma do zaoferowania turystom. Jednak warto poświęcić chwilę by przespacerować się chociaż po starych murach tego miasta i spojrzeć na Morze Śródziemne.

 

Patrząc w tedy na morze zażartowaliśmy sobie, że udało nam się osiągnąć wielki cel. Mianowicie zobaczyć 4 morza w 4 dni. Co z praktycznego punktu widzenia nie jest do końca prawdą. W gruncie rzeczy odwiedziliśmy Morze Śródziemne, Morze Czerwone, Morze Martwe i Morze Galilejskie, ale dwóch ostatnich przypadków nie można nazwać morzami. Są one zamkniętymi zbiornikami wodnymi czyli jeziorami.

W późniejszej części dnia wylądowaliśmy w Hajfie. W mieście znajdują się Ogrody Bahaitów, będące ikoną tego portowego miasta. Ogrody są podzielone na sekcje, a dostęp dla odwiedzających trwa tylko przez parę godzin w ciągu dnia. Kiedy my przyjechaliśmy do miasta górna część ogrodów była już zamknięta i działała tylko mniejsza część w dolnych partiach. By móc zwiedzać ogrody trzeba było przejść przez skrupulatną kontrolę osobistą.

 

Ciekawą atrakcją miasta jest również Karmelit będąca najkrótszym metrem na świecie. Trasa biegnie pod zboczem i jest nachylona pod kątem 45 stopni.
Ostatecznie wieczór skończyliśmy na leniwym oglądaniu kultowego serialu “Różowe lata 70-te”.

 

Kolejną część przygód z Izraela i Jordanii znajdziecie tutaj >