Zdjęcia prezentowane w tym wątku należą do różnych autorów.

Przygoda w Jordanii miała niestety już powoli dobiegać końca, za sobą mieliśmy gorące piaski pustyni Wadi Rum, fascynujące starożytne miasto Petra oraz wiele piaskowych zamków. Ludzie, których poznaliśmy w tych regionach, pokazali nam niesamowity inny świat. A wszystko co czytaliśmy lub słyszeliśmy w domu o niebezpieczeństwach i nieciekawych sytuacjach okazały się nieprawdą. Teraz jednak czekał nas Izrael, a nasze oczekiwania w stosunku do odwiedzonej Jordanii były wysokie.

15.05.16 – Z powrotem w Izraelu
O 9 rano byliśmy po śniadaniu i gotowi do wyjazdu. Na parking odwiózł nas Shteiwi, który definitywnie odmawiał sobie alkoholu dnia poprzedniego. Po Salemie widzieliśmy, że był chyba zmieszany swoim zachowaniem z dnia poprzedniego, a ilość alkoholu, którą spożył wcale mu nie pomagała.
Na parkingu sfinalizowaliśmy sprawę campingu. Shteiwi do tej pory nie wydał się nam na bystrego gościa, nadrabiał natomiast swoim sympatycznym i pomocnym nastawieniem. Więc kiedy przyszło mu załatwiać z nami rachunki, musieliśmy trochę mu w tym pomóc, bo chciał nam policzyć podwójnie za wszystko. Nie robił tego specjalnie i nie mielimy wcale do niego żalu, aczkolwiek koszty podróżowania po Izraelu i Jordanii okazały się nieco większe niż zakładaliśmy, dlatego też musieliśmy uważać na każdy grosz. Na pożegnanie wszyscy grzecznie wymieniliśmy się kontaktami, a następnie ruszyliśmy w stronę Akaby gdzie mieliśmy oddać samochód i przekroczyć granicę.
Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy z jednej rzeczy jaka miała nas czekać na miejscu. Mianowicie w południowych rejonach Jordanii i Izraela przez najbliższe 2-3 dni miały być niesamowite upały. Mieszkańcy sami wspominali, że to nie częsty przypadek w tych regionach o tej porze roku. Więc jak tylko wysiedliśmy z naszego samochodu w Akabie w okolicach jordańskiej plaży, niespodziewanie uderzyła nas potężna gorąc. W klimatyzowanym samochodzie przez ostatnią godzinę nikt się nie przygotowywał na taki upał z temperaturami ok. 40 stopni.

 

Ukojenia szukaliśmy na plaży, jednak my jako obcy budziliśmy duże zainteresowanie i zwracaliśmy na siebie uwagę wielu par oczu. Trochę czuliśmy się skrępowani widząc kobiety ubrane w długie spodnie, z zakrytymi rękoma czy z chustami na głowie, ale chcieliśmy się trochę ochłodzić w wodzie.
Wytrzymaliśmy może z 30 minut nim zdecydowaliśmy, że robimy małą sensację wśród mieszkańców. Ruszyliśmy w stronę centrum i po chwili wylądowaliśmy w pobliskim klimatyzowanym McDonaldzie na zimnej coli. Było naprawdę gorąco i zdolni byliśmy chyba do przechodzenia naprawdę krótkich odcinków, a ten lokal po postu znajdował się niedaleko. Planowaliśmy w mieście zobaczyć jeszcze jedno muzeum, ale przy takiej temperaturze było to dla nas niewykonalne.
Pozostało nam więc odstawienie samochodu pod hotel Radisson. W Akabie były dwa miejsca by móc to zrobić. Poinformowano nas, że jak pojedziemy do tego oddalonego od centrum miasta to załatwią nam taksówkę na koszt firmy prosto na granicę.
Na miejscu umowa o darmową taksówkę nie miała miejsca. Najwyraźniej był to zwykły wymysł pracownika od którego odbieraliśmy samochód w stolicy parę dni wcześniej. Wiedzieliśmy, że mamy z centrum bliżej do przejścia granicznego, więc poprosiliśmy o dodatkowe 15 minut by tam dojechać. Chociaż tyle moglibyśmy zaoszczędzić, bo koszt taksówki z obu miejsc różnił się ponad dwukrotnie.
Spod wypożyczalni wprost na granice zabrała nas taksówka po już dobrze stargowanej cenie. Przez ostatnią godzinę i tak cały czas mieliśmy niezłe zamieszanie i panowało lekkie zdenerwowanie, a dodatkowo na granicy spodziewaliśmy się dłuższego posiedzenia ze strony Izraelczyków. Na szczęście całe przejście trwało może 45 minut i tylko dłużej zajęło sprawdzanie jednego plecaka, a następnie zadaniu kilku pytań przez pracowników. Pojawiły się jak zwykle standardowe pytania typu dokąd jedziemy i na jak długo. Kiedy wymieniliśmy kilka religijnych obiektów, zapytano nas tylko czy jesteśmy Chrześcijanami, po czym puszczono nas dalej.
Granica jednak znajdowała się blisko miasta, może oddalona maksymalnie o 5 kilometrów od naszego hostelu. Jednak nic nie wskazywało by cokolwiek kursowało na tym odcinku. Taksówki żadnej również nie było w okolicy. W normalnych warunkach pogodowych prawdopodobnie byśmy przeszli taki odcinek na pieszo. Wtedy po prostu nie dało się zrobić kilku dziesięciu metrów by się nie zapocić i nie zmęczyć. Złożyło się jednak, że nie musieliśmy wiele przejść nim przyjechała taksówka robiąc kurs na granicę. Do centrum miasta skorzystaliśmy w takim razie z transportu. Cena kursu jednak była wysoko policzona bo oplata startowa wyniosła tyle samo co przejechanie tych 5 kilometrów. Ale upalne godziny mogliśmy przeczekać w hostelu.

 

Na izraelskiej ziemi czekał nas dwu dniowy nocleg w Ejlacie, nim mieliśmy ruszyć dalej. Miasto leżące vice versa w stosunku do Akaby. Również położone nad Morzem Czerwonym tylko, że dużo bardziej przyjemniejsze i dostosowane dla turystów.

Jednak co to by była za przygoda gdyby nie odbyła się chociaż bez jakiegoś negatywnego doświadczenia. Przez ten całodniowy harmider, który panował tamtego dnia uświadomiłem sobie dopiero w hostelu, że nie miałem ze sobą aparatu fotograficznego. Ostatnim razem był w moim posiadaniu w momencie kiedy przepakowałem się na plażę w Akabie. Cały czas był przypięty do paska, więc jakoś nie zwracałem na niego uwagi. W momencie kiedy szliśmy na plażę uznałem, że w taki upał nie będę biegał i robił zdjęć. Temperatura zwyczajnie odstręczała do tego. Nie udało mi się ustalić tego do dnia dzisiejszego w którym miejscu zaginął, chociaż wydzwaniałem i mailowałem w parę miejsc, m.in. do hotelu czy taksówkarza z którym mieliśmy do czynienia. Dlatego też większość zdjęć ode mnie przepadła bezpowrotnie, na szczęście reszta ekipy czynnie dokumentowała cały wyjazd. Dodam tylko, że podczas naszej dwu tygodniowej wyprawy na Bliski Wschód była to tylko jedna mało przyjemna sytuacja.

Wieczorem, kiedy już w miarę pogodziłem się z owym faktem, poszliśmy wszyscy na plaże.

 

Ejlat jest miastem bardzo turystycznym i w przeciwieństwie od Akaby, będącej oddalonej o 5 km, tutaj nikt się nie przejmuje strojem czy różnicą kulturową. I co najważniejsze dostęp do alkoholu jest tu dużo łatwiejszy niż w Jordanii! Ejlat wydaje się być takim Las Vegas Ameryki. Chociaż to trochę za dużo powiedziane. Miasto dalej należy do Izraela, ale nie spotka sie tu ortodoksyjnych Żydów na ulicach. Turyści jednak z różnych stron świata przyjeżdżają w tą część Izraela tylko po to, by wypoczywać na gorących piaskach, gdyż temperatura w okresie zimowym osiąga około 22 stopni.
W mieście niestety próżno szukać zabytków, gdyż najstarszą budowlą z roku 1950 jest jedynie turecki posterunek. Natomiast bez problemu znajdzie się tam luksusowe hotele, zaraz przy galeriach handlowych, które skupiają największe sklepy z czołowych marek.
 

Dzień 16.05.16 – Plażowanie w Ejlacie i Timna Park
Piekło, w dosłownym znaczeniu, miało trwać jeszcze dwa dni. Gdyż upał na zewnątrz hostelu był nie do zniesienia. Nie pozostawało nic innego do wyboru jak siedzieć w klimatyzowanym pokoju lub ruszyć na plażę. Dla mnie osobiście taki rodzaj aktywności, przesiadywania nad wodą, jest mało atrakcyjny. Jednak by nie tracić dnia, warto było chociaż trochę złapać słońca i popluskać się w wodzie. Alternatywą było zrobienia krótkiego trekkingu po okolicznej pustyni, lecz myślę, że mogłoby być to moje samobójstwo w ten dzień.

 

Na plaży spotkaliśmy starszą Polkę, która już od kilkudziesięciu lat mieszkała w tym mieście. Z początku spodziewała się Rosjan, gdyż to oni najchętniej tu przyjeżdżają, ale gdy przekonała się, że jesteśmy jej rodakami od razu chętniej zaczęła z nami prowadzić rozmowę. Głownie to ona mówiła, dając nam rady, opowiadał o sobie i pyta się co jakiś czas czy ją rozumiemy. Z biegiem lat spędzonym w tym kraju i nieczęstą możliwością mówienia w języku polskim, zapominała polskich słów, wplatając czasami słówka rosyjskie i angielskie w zdania.
Jedyną rzecz którą mieliśmy zrobić tego dnia to odebrać samochód. O godzinie 14 byliśmy umówieni w wypożyczalni i tym razem, podczas szukania placówki, los spłatał nam figla. Wypożyczalnia okazała się być przeniesiona dużo dalej i sporo czasu oraz energii straciliśmy na znalezienie jej. Wysoka temperatura wcale nie pomaga po raz kolejny.
Na miejscu na szczęście nie mieliśmy wielu problemów z formalnościami i w miarę szybko i sprawnie samochód był już do naszej dyspozycji. Po dokonaniu papierkowej roboty w wypożyczalni pojechaliśmy na granicę, by tym razem osobiście dowiedzieć się czy ktoś, nie widział, bądź nie zgłosił znalezienia mojego aparatu z dnia poprzedniego. Obsługa stara się jak mogła by mi pomóc, jednak nikt nie nic znalazł i niczego nie zgłoszono.
Nie tracąc więcej czasu na szukanie pojechaliśmy zwiedzić dolinę Timna.

 

Timna jest obszarem będącym doliną i parkiem zarazem w którym znajdują się niesamowicie ukształtowane pasma gór otaczające ten obszar z trzech stron. W starożytności wydobywano tu rudę miedzi nawet do później epoki brązu. Teraz dolinę natomiast można zwiedzić rowerem bądź samochodem. Jednak ze względu na swoją wielkość i odległości między interesującymi punktami potrzeba trochę czasu.
Dolina oferuje ciekawy różowy kanion, w którym można znaleźć gigantyczną skałę w postaci grzybka, spiralną górę, pozostałości po egipskich świątyniach oraz Kolumny Salomona. Timna jest również osławiona legendą Kopalni Króla Salomona.

 

W stosunku do atrakcji jakie zapewniła nam Jordania, Timna wydała się nam być lekkim rozczarowaniem, aczkolwiek i tak jest godna uwagi i odwiedzenia.
Koniec dnia postanowiliśmy znów spędzić na plaży przy piwie, a przed snem jeszcze zdecydowaliśmy się na krótkie zwiedzania tego rozrywkowego miasta.

 

Nim Ejlat jednak stal się kurortem wypoczynkowym należał do Palestyny. Dopiero w roku 1949 oddziały żydowskie zajęły owe tereny. Rozwój nastąpił dopiero po zawarciu pokoju z Egiptem w 1979 roku oraz Jordanią w 1994. W tedy miasto było głównym punktem granicznym między tymi krajami. Teraz w Ejlacie inwestują przede wszystkim wielkie sieci hotelarskie.
 

Dzień 17.05.16 – Krater
Mogliśmy już powoli się pożegnać z południową częścią Izraela i upałami, gdyż wyjeżdżając z Ejlatu w północne tereny państwa wiedzieliśmy, że od tamtej pory może być już tylko chłodniej.
Tego dnia do pokonania mieliśmy 300 kilometrów aż do Aradu gdzie mieliśmy zaplanowany kolejny nocleg na trasie.
Przez kolejne parę dni mieliśmy do odwiedzenia kilka rezerwatów w Izraelu. Aby wyszło nas dużo taniej postanowiliśmy zakupić karnet na wszystkie parki narodowe w kraju. Karnet obejmował możliwość wejść do ponad 60 parków o okresie 14 dni za cenę 150 ILS.

I już pierwszego dnia mieliśmy w planach zobaczenia części z nich.
Pierwszym na naszej trasie rezerwatem było pustynne zoo znajdujący się w okolicy doliny Timna. Nawiasem mówiąc dolina którą zwiedziliśmy dnia poprzedniego nie wchodzi w grupę owych parków.
Zoo będące Narodowym Rezerwatem zostało założone z potrzeby pomnożenia populacji niektórych gatunków zwierząt. Liczebność owych gatunków w ciągu kilkudziesięciu lat stopniała przez działania kłusowników czy przypadkowych działań człowieka. Tam natomiast występowały dzikie osły, strusie i kozy górskie. Do zadań rezerwatu należy zarówno odnowienie populacji sępów, gdyż te masowo ginęły obsiadając przewody elektryczne wiszące wzdłuż głównych dróg.

 

Kolejnym przystankiem był Krater Ramon, będący najsłynniejszą atrakcja pustyni Negaw. Krater powstał w wyniku erozji ziemi, a nie w wyniku uderzenia meteorytu jak mogłaby wskazywać nazwa. Posiada 40 kilometrów długości i 8 szerokość, a jego głębokość sięga 300 metrów. Prócz fantastycznych widoków na pustynie w kraterze odkryto liczne złoża minerałów i rozmaite skamieliny.

 

Nas niestety zwiedzenie omija. Na miejscu okazuje się, że jest spora kolejka i najbliższe wolne okienko na wycieczkę przypadać mogłoby po 2 godzinach. Czas nam nie pozwalał na tak długi przestój, więc nie pozostało nam popodziwiać widoki z pułki skalnej i ruszyć dalej.

Po kraterze czekał nas mały przystanek przy ruinach starożytnego nabetajskiego miasta Awdat. Miasto zostało założone w I w. p.n.e. i było ważnym punktem na trasie Petry a morzem śródziemnomorskim. Upadek miasta nastąpił w VII w. w wyniku najazdu arabskiego. Teraz w tym miejscu pozostały po nim tylko kamienie i piach oraz panoramiczny widok na pustynię.

 

W okolicy starożytnego miasta znajdował się Park Narodowy Źródeł Awdat. Źródła wodne zachęcające nas do małego trekkingu tą zieloną (przynajmniej jak na pustynie) i chłodniejszą okolicą. W okresie bizantyjskim w tamtym miejscu znajdował się monastyr, a liczni mnisi zamieszkiwali w okolicznych jaskiniach kanionu.

 

Po naszym krótkim trekkingu skierowaliśmy się do miejscowości Arad, gdzie mieliśmy umówiony nocleg. Arad jest małym i cichym miastem, leżącym na styku dwóch pustyń, Negaw i Judzkiej, oraz znajdującego się niedaleko Morza Martwego. My trafiliśmy do bardzo klimatycznego hostelu dla backpacerów, gdzie w okolicy znajdowały się dziesiątki ciekawych tras trekkingowych. Był to jeden z przyjemniejszych miejsc noclegowych jakie wspominam na całej trasie.

 

Od recepcjonistki dostaliśmy jeszcze cynk by wieczorem wyjść i zobaczyć zachód słońca na pustyni oraz przyjrzeć się Morzu Martwym z punktu widokowemu.

 

Kolejną część przygód z Izraela i Jordanii znajdziecie tutaj >