Przygoda w Jordanii właśnie miała się zacząć, a przez kolejne 3 dni mieliśmy zaplanowane wiele miejsc do zobaczenia.

Zaobserwowałem też, że obcokrajowiec nie jest tutaj traktowany jako chodzący bankomat i nie musi cały czas odganiać natrętów. Ludzie są skorzy do rozmów jednak najczęściej robią to by zachęcić nas do zakupów. I to głownie w tedy kiedy przyglądamy się towarowi. W gruncie rzeczy odnosi się wrażenie, że największym rzemiosłem i sztuką dla Jordańczyków jest handel, więc mieszkańcy starają się o dobry wizerunek na poziomie sprzedawca-klient. Często każda dana obietnica jest święta, ale w kwestiach finansowych trzeba być bardzo stanowczym.
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo to również nie można im nic złego zarzucić. Patrole policyjne widząc wypożyczony samochód na drodze często się uśmiechają do obcokrajowców i najwyraźniej starają się zadbać o jak najlepszy wizerunek kraju. Co jakiś czas na głównych drogach można spotkać pick-upy z działkiem automatycznym i funkcjonariuszy w pełnym oporządzeniu, jednak nigdy nie mieliśmy z nimi do czynienia.

Dzień 12.05.16 – Droga Królewska
Nie planowaliśmy próżnować od samego rana, chcieliśmy objechać jak najwięcej możemy tego dnia. Wiele ciekawych zabytków i fascynujących miejsc znajdowało się wzdłuż granicy Izraelskiej i czekało na nas. Dlatego też zaraz po śniadaniu wraz z Gosią poszliśmy po zamówiony samochód do centrum miasta. Lokalizacja miejsca nie do końca zgadzała się z tą podaną w Internecie, przez to szukanie wypożyczalni zajęło nam trochę więcej czasu.
Ogólnie rzecz biorąc cała organizacja miasta i kierowanie się wytycznymi według internetowych map często okazywało się nieaktualne. Obserwując miasto odnosiłem wrażenie, że panował tam nie mały chaos, a pytając o konkretną ulicę otrzymywaliśmy tylko zastanawiające spojrzenia. Przyprawiało nam to dodatkowo dużo problemów z poruszaniem się, ale koniec końców jakoś udawało nam się znaleźć poszukiwane miejsca.
Dlatego też, do salonu dotarliśmy lekko spóźnieni. Jednak na domiar małej frustracji, na miejscu spotkaliśmy się z kolejnym problemem. Mieliśmy małe perypetie z przyjęciem kart kredytowych i dopiero po 3 karcie znaleźliśmy jedną taką którą bank przyjął.
Najwyraźniej terminale w Jordanii nie przyjmują wszystkich kart polskich banków. Czasami też zdarzało się, że nawet i w Izraelu wypłata gotówki z bankomatów potrafiła spotykać się z odmową.
Reszta papierkowej roboty w wypożyczalni na szczęście odbyła się już bez zakłóceń, więc mogliśmy z samochodem pojechać po Asię i Rafała oraz nasze rzeczy.

W hostelu pożegnaliśmy się z pracującym tam Read’em, osobą bardzo pomocną i przyjazną. Wielokrotnie służył nam informacją i sugerował co jest warte uwagi w jego kraju. Dodatkowo trzeba mu przyznać, że robił świetną beduińską herbatę, która chyba najbardziej przypadła mi do gustu!
Pozostało nam już tylko wyjechać z zatłoczonego i zakorkowanego miasta by zwiedzić całą Jordanię. Na szczęście wyjazd poszedł nam dużo sprawniej niż się tego obawialiśmy. Za Ammanem mogliśmy rozkoszować się spokojną trasą aż do Petry.

Przez cały kraj prowadzą trzy drogi. Pierwszą jest pustynna autostrada, która szybko doprowadziła by nas na południe, jednakże odebrała by nam możliwość zobaczenia wielu ciekawych miejsc. Kolejna droga wiodła wzdłuż granicy Izraelskiej i według wielu, jest ponoć mało atrakcyjna. Ostatnim wariantem jest Droga Królewska – ciężka, zawiła, długa, ale wynagradzająca pięknymi widokami. My będąc spragnieni przygód i pięknych krajobrazów z oczywistych pobudek wybieramy ostatnią z możliwych opcji.
Czekało nas 260 kilometrowa trasa z wieloma atrakcjami po drodze nim mieliśmy dotrzeć do Petry.

 

W pierwszej kolejności na trasie znajdowały się pozostałości Umm Ar-Rasas, będące stanowiskiem archeologiczne zniszczonego bizantyjskiego miasta.
Po dziś dzień w tym miejscu pozostały tylko ruiny, mozaika i 15 metrowa kamienna wieża.

 

Przemierzając pustynne stepy, krajobraz czasem zmieniał nam się z jałowej ziemi w bogatą i żywą krainę. Właśnie na tym odcinku do Petry poznaliśmy sympatycznego Samuela. Człowiek ten nie dość, że starał się zapewnić nam bardzo przyjemnie towarzystwo to jeszcze zorganizował dla nas bardzo zimne napoje. Wskazał nam swoje poranne miejsce kontemplacji oraz wspominał, że zbiornik wodny Mujib Dam wspomaga północne tereny aż do Ammanu w celu urodzaju roślinności na pustyni.

 
Samuel codziennie rano może podziwiać te przepiękne widoki ze swojego… hmmm… tronu.

W połowie trasy zatrzymaliśmy się przy zamku Kerak, będącego jednym z najbardziej znanych zamków Krzyżowców, który w swej historii służył, jako twierdza Moabitów. Lokalizacja i siła tej twierdzy stworzyła z tego zamku jedną z największych warowni obronnych na wschód od Królestwa Jerozolimskiego. Zamek jest otoczony klifami praktycznie z każdej strony i góruje nad Drogą Królewską. Dodatkowo droga swego czasu służyła również jako szklak handlowy i trasą pielgrzymek do Mekki.

 

Pod sam koniec trasy czekał na nas jeszcze XII wieczny zamek Shobak, będącego kolejną ostoją podczas wypraw krzyżowych swego czasu. Ponoć zamek tylko z zewnątrz prezentuje się okazale, a wewnątrz jest tylko stertą kamieni. Nie mogliśmy się co prawda o tym przekonać osobiście, gdyż czas nas gonił i powoli zaczynało robić się ciemno, ale nie zmienia to faktu, że Jordania posiada niesamowite pozostałości po piaskowych twierdzach.

 

Ostatecznie do Petry dotarliśmy koło godziny 20, gdzie mogliśmy spokojnie przespać noc i przygotować się na jeden z najbardziej niesamowitych punktów naszej podróży.

 

Ogólnie do Petry ciągnie masa turystów, gdyż jej kamienne miasto jest jednym z siedmiu nowych cudów świata.
Petra jest ruinami miasta Nabatejczyków, którego rozkwit datuje się na III w. p.n.e. do I w. n.e. Petra była wtedy stolicą królestwa, a całe miasto położone jest w skalnej dolinie, do której prowadzi jedna wąska droga wśród skał – wąwozem As-Sik. Miasto to słynie z licznych budowli wykutych w skałach. Sami Nabatejczycy zwali Petrę Rqm (Rakmu), co oznacza „wielobarwna”.

Dzień 13.05.16 – Petra
Wybierając się do Petry warto zarezerwować sobie cały dzień na zwiedzanie starożytnego miasta i zaopatrzyć się w dużą ilość wody. Petra jest naprawdę rozległa i dobrze poświęcić na nią trochę więcej czasu by zobaczyć całą gamę pozostałości naniesionych z różnych kultur i epok.

Wstaliśmy skoro świt, zjedliśmy szybkie śniadanie i o 8 byliśmy już pod bramą Petry. Jeszcze nie było gorąco, ale wiedzieliśmy, że prędzej czy później to się zmieni. Turystów o tej porze wielu nie było, ale oni definitywnie przybędą z czasem.
Jeszcze przed głównym szlakiem wiodącym do kamiennego miasta czekali panowie oferując przejażdżkę konną, mówiąc, że ta atrakcja jest w cenie biletu. Nikt z nas się nie zdecydował na tę “darmową” przejażdżkę, ale chwilę później mogliśmy zaobserwować, iż ci co skorzystali z transportu, musieli zapłacić.
Przez większość czasu maszerowaliśmy wąskim przesmykiem wąwozu Al-Siq. Wąwozem który jest naturalnym tworem utworzonym w skutek sił tektonicznych i posiadającym aż 3 metry szerokości oraz sięgającym od 100 do nawet 200 metrów wysokości. Nim dotarliśmy do Skarbca Faraona maszerowaliśmy blisko 1200 metrów cały czas w cieniu wysokich ścian.
Skarbiec jest wykutą w skale piętrową budowlą, powstałą na przełomie I i II wieku. Od paru lat turyści co prawda nie mogą już wchodzić w głąb sali tylko podziwiać całą budowle z zewnątrz, jednak nie psuje to wizerunku wyjątkowości tego miejsca. Możliwe, że te działania miały na celu zapobiegnięciu zniszczenia zabytku, albo odwlec turystów od badania legendy mówiącej, że gdzieś tam jest ukryty skarb. Miejsce to zostało również osławione w różnych dziełach m.in. w filmie o Indianie Jonesie, gdzie w świątyni został ukryty Święty Graal oraz z książki Agathy Christie, w którym cała Petra jest tłem głównych wydarzeń akcji.

 

Trekking w Petrze trwał z 8 godzin, dostarczył nam niesamowitych wrażeń i niemiłosiernie nas wymęczył. Temperatura i słońce trochę dało nam do wiwatu, gdyż zużyliśmy wszystkie zapasy wody, które mieliśmy przy sobie. Pierwszą rzeczą którą wraz z Rafałem zrobiłem zaraz po powrocie do samochodu, to dobraliśmy się do napojów schowanych w bagażniku.
Na terenie starożytnego miasta można było kupić jak najbardziej coś do picia, jednak cena była mocno zawyżona. Zdarzało się nieraz, że stanowiska z pamiątkami były zwyczajnie rozstawione, a w okolicy nie znajdował się ani jeden sprzedawca. Beduini najwyraźniej wierzą w zaufanie między sobą, gdyż w przypadku gdyby ktoś przywłaszczył sobie czyjeś rzeczy na pustyni, odebrał by mu też życie.

Mając już odwiedzone starożytne miasto mogliśmy się skierować na jedną z najpiękniejszych pustyń świata, Wadi Rum.
Pustynia Wadi Rum jest definitywnie jednym z najpopularniejszych miejsc w Jordanii wśród turystów. Popularnymi formami wypoczynku jest zwiedzanie pustyni samej w sobie, camping „pod gwiazdami”, jazda na wielbłądach oraz wspinaczka. Trzeba przyznać, że duży napływ turystów w ten rejon kraju spowodował majętności Beduinów i w tych czasach nie jest to nic obcego spotkać starego nomada z telefonem komórkowym czy będącego w posiadaniu najnowszego modelu samochodu terenowego. W każdym bądź razie UNESCO umieściło w 2011 roku pustynie Wadi Rum na listę światowego dziedzictwa i trzeba przyznać, że nie bez przyczyny.

Przed wjazdem na pustynie musieliśmy się zameldować w Visitor Center jako turyści. Następnie Beduin pilnujący wjazdu skontaktował się z naszym przewodnikiem, i poinformował go, że lada moment będziemy na głównym parkingu i by ten nas odebrał.
Chwilę później poznaliśmy Shteiwi’ego, sympatycznego przewodnika oraz opiekuna naszego campingu. W ramach zapoznania i zajęciem się sprawami formalnymi zawiózł nas do siebie. Beduini nieźle się tam ustawili, bo od razu poinformowali nas o możliwości wykupienia różnych pakietów podróżniczych po pustyni, a następnie mówią o dodatkowej opłacie za dojazd do campingu. Za dodatkowe atrakcje odmówiliśmy, ale transport na pustynny camping musieliśmy zaakceptować. Innego wyjścia nie było by tam dojechać bez przystosowanego samochodu na ten teren. Długi spacer z cięzkimi bagażami również odpadał. Koszt za grupę wyszedł nie bagatela 20 JD w jedną stronę, co było bardzo nie adekwatne do długości jazdy.
Camping w gruncie rzeczy okazał się skromny, ale bardzo klimatyczny. Dla naszej czteroosobowej grupy przypadł jeden wspólny namiot.

 

Z Rafałem postanowiliśmy nie próżnować i przejść się jeszcze kawałek po pustyni i zobaczyć zachód słońca. Gosia z Asią natomiast zostały w tym czasie w obozie.

 

W momencie zachodu było tam niesamowicie pięknie. Aż żal, że dziewczyny z nami nie poszły, bo takie momenty nie często mogą się powtórzyć.
Kiedy słońce już całkowicie zaszło mieliśmy wszyscy miłą przyjemność spędzić noc przy ognisku z Beduinami i turystami z innych campingów wspólnie się poznając.

Dzień 14.05.16 – Wari Rum
Pustynia Wadi Rum to 720 km2 z płaskimi dolinami oraz z gigantycznymi kolorowymi masywami. Skałami i wydmami z oszałamiająca gamą kolorów, barwy od białego poprzez różne odcienie pomarańczowego aż do czarnego otaczają człowieka wszędzie aż po horyzont. I to właśnie sprawia że ta pustynia jest magiczna, ale tak samo jak na większości pustyń trudno skryć się na niej przed słońcem.
My przytargaliśmy ze sobą duży zapas wody na całodzienny trekking który miał nam starczyć do aż wieczora. Temperatury panujące tutaj jednak potrafią być naprawdę wysokie, więc trzeba musieliśmy dbać o częste nawadnianie się. Swoją drogą był dopiero maj, nie wyobrażam sobie co by było jak byśmy przyjechali dwa miesiące później. W nocy natomiast temperatura utrzymuje się w granicach 22 stopniach. Wiemy jednak, że jak tylko słońce wzejdzie temperatura skoczy nawet do 35 stopni i będziemy pochłaniali naprawdę duże ilości napojów. Zdecydowanie przydało się nad dobre nakrycie głowy i możliwe częste przebywanie w cieniu skał o ile to było możliwe.
Nim jeszcze słońce zaczęło najmocniej świecić na nas, wybraliśmy się na mały trekking po pustyni. Oszczędzając siły poruszaliśmy się wzdłuż skał by skrywać się jak najczęściej w cieniu i ciesząc się z tego niesamowitego cudu natury, którym jest pustynia Wadi Rum.

 

Na pustyni jest wiele obozów beduińskich przeznaczonych dla turystów jak i takich będących domem dla zwierząt hodowlanych. Nieraz widzimy jak pasterze wraz ze stadem kóz przemierzają w pełnym słońcu pustynie i nie mając z tym większych problemów.
Wadi Rum jest domem dla wielu zwierząt. Są to między innymi węże, które na szczęście występują w nielicznej grupie, jaszczurki w śród których znaleźć można mierzącą nawet 35 cm Niebieską Agmę i, aż 8 rodzajów skorpionów. Występują również i ssaki takie jak dromadery, kozły górskie, gazele, koty pustynne, dzikie psy czy nawet zające.
W tej części pustyni, przeznaczonej dla turystów, większość z groźniejszych zwierząt jest tropiona i zabijana ze względów bezpieczeństwa.
Nam nie udaje się spotkać przez cały pobyt żadnego z wyżej wymienionych zwierząt, prócz owadów, małych jaszczurek, kóz i psów pasterskich. Jednak nie raz spotkaliśmy się z kośćmi większej zwierzyny, prawdopodobnie wielbłąda bądź kozy.

Kolo godziny 13, podczas największego słońca, wracamy do obozy by schować się w cieniu namiotu.
Nasz przewodnik Shteiwi, widząc nas strudzonych, przyniósł nam zimne i orzeźwiające napoje. Następnie zaprosił na beduińską herbatę oraz na shishe w cieniu skał. Wszyscy chętnie dołączyliśmy do niego i słuchaliśmy jak opowiadał o zwyczajach panujących w jego kulturze.

 

Wadi Rum swego czasu był zamieszkiwany przez wiele różnych kultur. Pozostałości w rodzaju malunków naskalnych, petroglifów czy pustynnych świątyń są obecne do tego czasu. Teraz pustynia jest jednak głównie zamieszkiwana przez Beduinów oraz ich zwierzęta hodowlane. Wgłębi pustyni również występują obozy, jednak te gównie służą do polowań na okoliczna zwierzynę.

O 16 kiedy słońce już trochę mniej dawało po sobie znać, ruszyliśmy w innym kierunku pustyni.

 

Z jednego ze stoków piaskowych Rafał postanawia nawet zbiec, przy czym głośno mu kibicowaliśmy. Pokaz był widowiskowy, jednak końcówka okazała się dla niego nie fortunna, w wyniku czego musimy trochę mu pomóc z otrzepywaniem z piachu.

Koło 18 poszliśmy na półkę skalną skąd mogliśmy podziwiać kolejny raz zachód słońca. Shteiwi i jego kuzyn Salem dołączyli by nam towarzyszyć. Salem zapewniał nas, że miał w ten dzień urodziny (zweryfikowaliśmy po powrocie informacji i okazało się, że trochę minął się z prawdą). Z tej okazji chciał zorganizować przyjęcie wieczorem w naszym obozie. By zaprezentować nam w jakim dobrobycie się obraza zaczął prezentować nam swój nowy prezent urodzinowy, cyfrowy aparat fotograficzny, który przy okazji potrafi dzwonić. Mówił, że ten dość dziwny wynalazek dostał prosto od znajomego ze Stanów.

 

Gdy już zaszło słońce zaczęli się zjeżdżać Beduini z innych obozów wraz z nowymi turystami, których jeszcze nie mieliśmy okazji poznać. Ognisko tworzyło cudowny klimat, jeden z Beduinów grał na lutni, a kolejny śpiewał. My zostaliśmy poczęstowani piwem i wielką misą gorącego dania – kurczaka z ryżem na ostro. Impreza była naprawdę bardzo przyjemna, bo mieliśmy okazje trochę więcej pogadać z innymi obcokrajowcami podczas tego wyjazdu. Na dodatek nasz solenizant zorganizował wielką butelkę Johnny’ego Walker’a i zaczął częstować wszystkich w okolicy.
Beduini nie mogą co prawda pić alkoholu, bo są muzułmanami, jednak młodzi raczej nie zawsze się trzymają tych reguł i korzystają z dobrodziejstw innych kultur. Z czasem zaczęli robić się coraz bardziej śmielsi, co mogliśmy zaobserwować częstszym zagadywaniem do dziewczyn. Gosia i Asia jednak świetnie sobie radziły z adoratorami i bez problemu zbyły naszych beduińskich znajomych. Częste proponowanie alkoholu tu nic nie dawało, bo przecież dla Polaka jedna butelka modniejszego trunku to nic wielkiego!
Impreza trwała dobre parę godzin nim wszystkich zmorzył sen, a kolejny dzień nie obyło się jednak bez bólu głowy naszych sympatycznych gospodarzy.
 

Kolejną część przygód z Izraela i Jordanii znajdziecie tutaj >