Pomysł z podróżą na Bałkany Zachodnie powstał spontanicznie po powrocie z Islandii.

Dopiero co wróciłem z jednej mojej podróży i z dnia na dzień trafiłem na ofertę tanich linii do Chorwacji z powrotem przez Rzym. Bilety kupiłem bez większego przygotowania się do wyjazdu, bo zakładałem że to będzie krótki, ciepły odpoczynek na południu Europy. Doszedłem do wniosku, że raz na jakiś czas mogę złapać trochę słońca i sprawdzić czemu Polacy tak uwielbiają odwiedzać Chorwację.
Do wyjazdu przygotowywałem się dwa tygodnie. Ustaliłem sobie krótki plan wyjazdowy zahaczając m.in. o Dubrownik, Kotor oraz Split, a podczas lotu powrotnego odwiedzić Rzym na jeden dzień. Spakowałem się do podręcznego plecaka i ruszyłem ku przygodzie.

Dzień 1. Wylot – 31.08.15

Lot miał się odbyć z wiecznie zatłoczonego i głośnego lotniska w Berlinie. Stałem już do kontroli bagażowej, która ciągnęła się w nieskończoność. Mam to szczęście, że zawsze trafi się ktoś kto ma problem z przestrzeganiem procedur. Tym razem ktoś uznał, że mały scyzoryk w bagażu podręcznym nie narusza zasad bezpieczeństwa. Oczekujący obok mnie również zaczęli robić się lekko nerwowi tą sytuacją.
Po odbyciu kontroli czekała mnie niespodzianka. W momencie kiedy przyszedł moment by udać się do bramki odlotów, trafiłem na moich znajomych. Tak samo spontanicznie jak ja, oni również złapali tą samą okazję lotniczą.
Lot trwał niecałe dwie godzin, przez ten cały czas słońce mocno świeciło przez pokładowe okna. Kiedy samolot zszedł poniżej poziomu chmur i przygotowywał się do lądowania nagle zaczęło robić się ciemno. Słońce w mig skryło się za chorwackimi górami jak to miało w zwyczaju nim jeszcze dotknęliśmy płyty lotniskowej.
Powietrze na zewnątrz było jeszcze duszne, ziemia nagrzana, a gdzieś niedaleko było słychać szum morskich fal. Zapach iglastych drzew i lekki powiew wiatru otaczał całą okolicę.
Po opuszczeniu lotniska rozdzieliłem się z moimi znajomymi. Oni ruszyli na południe w stronę czarnogórskiej granicy, a ja złapałem autobus jadący do Dubrownika. Nocna, kręta i górzysta trasa wzdłuż morza prezentowała się pięknie po zachodzie słońca. Rozświetlone miasta nad morzem Adriatyckim budowały niesamowicie piękną scenerię. Po kilkunastu minutach znalazłem się w centrum Dubrownika. Chwilę później byłem już w miejskim autobusie jadącym na obrzeża miasta. Na zegarku była już godzina 20 a ja stałem pośrodku zatłoczonego pojazdu. Okazało się, że złapałem jeden z ostatnich kursujących autobusów. Po kwadransie sam wysiadłem z autobusu na jakimś bezdrożu. W okolicy stały rozpadające się rudery, stacja benzynowa i jeden oświetlony budynek. Mój hostel.

Dzień 2. Dubrownik – 1.09.15

Po zmroku krajobraz był niedostrzegalny, ale poranny widok za okna zapierał dech w piersiach. Kamieniste góry wpadające bezpośrednio do morza i słońce ledwo wychodzące zza ich wierzchołków budowały piękną i spokojną scenerię. Woda lekko odbijała się obrzegu, a okolica była cicha i spokojna.


Po śniadaniu ruszyłem do Dubrownika tym samym autobusem który mnie przywiózł dnia poprzedniego. W pierwszej kolejności wybrałem się na słynne stare miasto posiadające w całości średniowieczny układ urbanistyczny. Dodatkowo mocno spopularyzowane w ostatnich latach dzięki serialowi “Gra o Tron”. Wewnątrz jego murów ciągną się zabytkowe kamienice tworzące magiczny klimat, przez co do nadmorskiego miasta co roku ciągnie tysiące turystów. Setki drobnych uliczek zmieniają się w mały labirynt w których nie spotka się żywego ducha. Dzięki temu historyczne miasto robi niesamowite wrażenie.






Dubrownik posiada również bardzo bogatą historię. Swego czasu podlegało Cesarstwu Bizantyjskiemu, Republice Weneckiej oraz Imperium Osmańskiemu. Nawet swego czasu zostało utworzone osobne państwo zwane Republiką Dubrownicką. Miasto był miejscem zawsze pożądanym, chociaż w gruncie rzeczy nie posiadał żadnych dóbr naturalnych, za to jego jedynym atutem było znaczące położenie na szlaku handlowego w Europie.
Po rozpadzie Jugosławii i wojnie z Serbią i Czarnogórą, miasto straciło stałą komunikację lądową z resztą kraju podzielony przez mały fragment terytorium należącego do Bośni i Hercegowiny.





Dzień 3. Herceg Novi i Kotor – 2.09.15

Nad ranem czekała mnie podróż z Dubrownika w głąb Czarnogóry. Po drodze miałem zahaczyć o Herceg Novi, a następnie zatrzymać się na parę nocy w Kotorze.
Do Czarnogóry obywatele Polscy mogą wjeżdżać i wyjeżdżać bez wizy. I chociaż Czarnogóra nie należy do UE to walutą w tym kraju jest właśnie Euro. Jest to rzadki przypadek gdyż funkcjonujący tylko w tym kraju i w Kosowie.

Podróż z Dubrownika do Herceg Novi trwała może dwie godziny. Miasto jest pierwszą przystanią Zatoki Kotorskiej obwarowana murami i tureckimi twierdzami.
Historia czarnogórskiego miasta Herceg Novi sięga XIV wieku, kiedy to została założona twierdza wraz z osadą. W kolejnym wieku osada przekształciła się w miasto oraz został zbudowany port. Herceg Novi wielokrotnie było podbijane i przejmowane przez różnych najeźdźców. A po rozpadzie Jugosławii ostatecznie trafiło do Czarnogóry. Jednak według statystyk miasto zamieszkuje więcej Serbów niż samych Czarnogórców.



Wśród zabytków Herceg Novi można zobaczyć wieża zegarowa, cerkiew św. Michała Archanioła, kościół katolicki św. Hieronima oraz dwie potężne twierdze: Kanli kula – wzniesioną przez Turków skąd rozciągają się przepiękne widoki na miasto i zatokę oraz Jaka kula (Forte Mare) leżącą nad samą wodą.





Jeszcze tego samego dnia, przed zmrokiem postanowiłem wspiąć się na mury starego miasta. Koszt zwiedzania był dużo niższy od tego jak trzeba było uiścić w Dubrowniku. U stóp góry wspinaczka wydawała się być groźna i trudna, ostatecznie jednak podejście na sam jego szczyt nie sprawiło większych problemów, prócz słońca które jeszcze przez chwilę dawało się we znaki.





Kiedy osiągnąłem cel, widok z samego szczytu murów był nie do opisania, pozwalał podziwiać całą piękną zatokę i wszystkie miasteczka leżące nad jego brzegiem. A na szczycie fortyfikacji powiewała na wietrze jeszcze czerwono-czarna czarnogórska flaga.